Trzydziestka w paru odsłonach|
…pędzimy piekielną prędkością przez ciemne Indie. Wnętrze autokaru po dwóch stronach korytarza podzielone jest na kilkanaście boksów. W naszym boksie, małej loży wyściełanej poduszkami, jest na tyle miejsca aby dwie osoby wyłożyły się wygodnie na śpiworach. Na podróż zakupiliśmy puszkę sardynek w sosie pomidorowym i whisky. „Gdyby jeszcze tak nie trzęsło, byłby to sposób podróżowania numer jeden” - szczególnie jeśli chodzi o przechylanie kubka z whisky. Co do sardynek, gdy nadeszła chwila otwierania i wbiłem czubek noża w metalową powierzchnię, sleeper bus się zatrzymał a kierowca krzykiem oznajmił, iż nadeszła pora kolacji. Dziurawa puszka trafiła do foliowego worka, a my do przydrożnej knajpy. Do Bombaju wjechaliśmy o poranku.
„Tego jeszcze nie było, 1335 km za 220 rupii. 220 rupii to niecałe 5$” - oznajmił Jacek reszcie ekipy, gdy wróciliśmy z ticket office z siedmioma biletami general ticket na trasę Bombaj – Delhi. W perspektywie mamy 22 godziny w indyjskim ścisku. „Indyjski ścisk” to nie jest „szalony ścisk”, to coś znacznie intensywniejszego. Może właśnie dlatego nawet nie zdołaliśmy wejść do wagonów general. Hindusi niczym nasze sardynki w puszce wypełniali każdy centymetr wolnej przestrzeni. Postanowiliśmy wejść do drugiej klasy (z leżankami) i dogadać się z konduktorem. Trafiliśmy na niego już po paru minutach, gdy poprosił nas o bilety. „To nie wasz wagon” - oznajmił „Nie dało rady” - mówimy - „do generala nie dało się wetknąć palca”. „Musicie zapłacić karę, ale w zamian za to możecie się rozłożyć gdzie chcecie. Nie macie jednak rezerwacji, ani miejsc leżących, jeśli pojawi się właściciel leżanki musicie mu ustąpić”. Tak też zaczęła się nasza wielka, nocna migracja.
Marysia próbuje zrobić węzełek na końcu nitki. Jej nowe indyjskie alladynki lekko się rozpruły. Starsza Hinduska, urocza pani, która wraz z mężem przygarnęła nas na swą leżankę, kiwnęła, aby Marysia podała jej igłę z nitką. Po chwili wprawnymi ruchami zszywała spodnie. Ja w międzyczasie rozprawiam się z zamkiem mojej torby na sprzęt fotograficzny. Jest zepsuty, w boju indyjskich wojaży nie spina dwóch części zamka. Spoglądam w na prawo. Koło mnie na ziemi klęczy Hindus z małymi kombinierkami i naprawia zamek mojego sąsiada. U pasa wiszą mu dziesiątki różnych zasuw, zamków i breloczków. „Nieźle” - myślę - „w indyjskim pociągu jest wszystko”. Po chwili, za równowartość 80 groszy, Hindus reperuje zamek. Działa perfekcyjnie (zamek i Hindus).
Leżymy na podłodze pomiędzy toaletami. Co chwila ktoś nas przekracza, czasami trzeba wstać, miejsca jest za mało. Drzwi z toalety raz za razem się otwierają. Jest około dziesiątej wieczorem. Wznosimy kubek z whisky. „Wszystkiego najlepszego” - słyszę.
Leżymy pod umywalką, do której przechodzący Hindusi spluwają czerwoną, betelową ślinę. Poczęstowaliśmy whisky Hindusa z obsługi (odlaliśmy mu troszkę trunku do butelki po coli), teraz nosi nam listy do Łukasza, który leży na podłodze kilka wagonów dalej. „ Łukasz jak będziesz wychodził z pociągu weź proszę statyw i mój plecak. Pozdrowienia spod umywalki”.
Na korytarzu parę metrów od nas, na plastikowym pojemniku siedzi starszy Hindus. Odziany jest w stary, brudny koc. Prawie się nie rusza – buja się zaledwie w rytm pociągowego stukotu. Jego twarz jest wychudłam, zmęczona. Pod drzwiami parę centymetrów dalej, pod kocem leży jego żona. „My za tydzień będziemy w domu, w Polsce” - myślimy - „ich życie jest właśnie takie… tak wygląda. Są ubodzy, umęczeni. Ludzi takich w Indiach są miliony”. Pokora, pokora, pokora.