Archive for the ‘Birma (Myanmar)’ Category

Bangkok - Tajlandia

Sobota, czerwiec 6th, 2009

No i wrocilismy na Khao San do Bangkoku. Dziwne uczucie. Jeszcze dzisiaj rano siedzielismy w stolicy Birmy, teraz juz w stolicy Tajlandii. Jest goraco i parno. Wystarczy chwilke przejsc sie po ulicy i juz cala koszulka mokra. Z tego tez wzgledu nie przeszkadza nam do konca monsunowa aura - tak czy siak caly czas jestesmy mokrzy. Birma zostawila w nas wiele wrazen - to jest miejsce, do ktorego musimy wrocic. Te wizyte potraktowalismy jako rekonesans miejsc.

Nie pamietam, czy kiedykolwiek widzialem tak bardzo skontrastowane kraje. Bieda Birmy w porownaniu do bogactwa Tajlandii przyprawia o istny zawrot glowy. Yangun w stosunku do Bangkoku wypada niczym Siemianowice wzgledem Warszawy. 

W koncu tez mamy kontakt ze swiatem, jest prad, jest internet na szybkich laczach, sa bankomaty i wszystkie te wygody, w stosunku do ktorych, jak sie okazalo, jestem chyba troszke uzaleniony. A kiedys myslalem, ze moge zamieszkac w srodku lasu. Ludzie w Birmie zyja jednak z usmiechem na twarzy. Marysia i Lukasz, jak widze, rowniez szczerze pokochali te bajeczna (choc nieszczesliwa) kraine.

chwile w stolicy Birmy

Czwartek, czerwiec 4th, 2009
kontrasty

kontrasty

 

telefonistka

telefonistka

 

postkolonializm

postkolonializm

 

ulica Yangunu

ulica Yangunu

Yangun - Birma

Czwartek, czerwiec 4th, 2009

Wczoraj wieczorną porą udaliśmy się do znajdującego się nieopodal kina. Poza filmami rodzimej produkcji oraz kinem bollywoodskim, w repertuarze znalazł się też film produkcji amerykańskiej. Pomyśleliśmy, że dobrze będzie poczuć się przez chwilę jak w domu.

Kino o dziwo wyglądem zbytnio nie odbiegało od tych, do których jesteśmy przyzwyczajeni. No może do których byliśmy przyzwyczajeni piętnaście lat temu. Sporo jednak lat minęło od kiedy w polskich kinach przed filmami puszczano kroniki filmowe (ja tego nie pamiętam) – tu jednak praktyka jest jeszcze bardziej zaawansowana. Na ekranie pojawia się wielki napis informujący, iż fladze narodowej należy okazać szacunek. Po chwili pojawia się już sama flaga, z głośników zaś słychać hymn narodowy, wszyscy wstają (no prawie wszyscy – my siedzimy). Po hymnie zaś rusza birmański odpowiednik kronik filmowych z umundurowanymi gwiazdami tutejszej sceny politycznej. Cały dziesięciominutowy film propagandowy dotyczy wizyty jakiegoś kambodżańskiego attache w stolicy Birmy. Są powitania, znane nam miśkowate pocałunki, czerwone dywany, przemowy. Kamera prowadzona jest oczywiście od podłogi tak, aby umundurowani przedstawiciele junty nabrali odpowiednio tytanicznych postur. Na marginesie wspomnieć należy, iż o ile birmańskie filmy fabularne zmontowane są tragicznie, to co widzieliśmy nie mieści się w terminie „zmontowane” – tragedia. Gdy spojrzałem na Łukasza, nie odrywając wzroku od ekranu powiedział tylko „nie skomentuję”. Marysia zaś miała ubaw. Po filmie propagandowym nadszedł czas na film właściwy – Outlander. Bilet do kina kosztował nas dolara od głowy.

W Birmie pozostało nam już niewiele czasu – wylatujemy w sobotę rano. Dalszy etap podróży przybiera na intensywności. Po Tajlandii wjeżdżamy do Kambodży. Dalej na północ do Laosu. Z Laosu do Wietnamu. Z Wietnamu do Chin. Następnie Mongolia i Rosja (kolej transsyberyjska). Wyprawę przez Azję zamknąć chcemy lwowską pętlą. Ewelino i Karolinko – będziecie we Lwowie koło 20 sierpnia?

Yangun - Birma

Wtorek, czerwiec 2nd, 2009

Monsun daje nam się we znaki. Parę razy dziennie niebo przybiera szaro-brunatny odcień, aby po chwili zamienić ulice Rangunu w środek cyklonu. Nie to jednak sprawiło, iż nie pojechaliśmy na południe kraju, lecz fakt, iż niezbyt nas na te wojaże stać. Nic to jednak. Sam Rangun jest miejscem interesującym, w którym czujemy się dość zadomowieni. Mamy swe ulubione kramu uliczne, knajpkę z piwkiem i dość sporo czasu na planowanie. A tego ostatniego jest dość dużo. Nie chodzi już tylko o wyprawę (w ciągu najbliższych dwóch tygodni przebędziemy Tajlandię na zachód, aby w rejonie Zatoki Syjamskiej przekroczyć granicę z Kambodżą), lecz również o organizację pozarządową, którą po powrocie do kraju zawiążemy. Prawie ukończyliśmy już prace nad statutem Stowarzyszenia Step by Step.

Wczoraj udaliśmy się do Hotelu Sedona przy Kaba Age Pagoda Road. Tam skorzystaliśmy z ATM (bankomatu). Oczywiście nie obyło się bez większych emocji. Wypłata z mej karty była niemożliwa. Pani z recepcji poinformowała, że nie jest to karta kredytowa, a tylko takie są respektowane. Hm…nie mamy karty kredytowej tylko bankomatowe. Do tego wszystkiego w do samolotu mamy jeszcze pięć dni, w kieszeni zaś wspólnie pięć dolarów. Wprawdzie na jedzenie starczyłoby dla trzech osób, ale spać musielibyśmy na lotnisku. To też nie wydawało się realne, bo tak małe lotniska, jak te w Rangunie (z jednym tylko połączeniem zagranicznym) na noc są zamykane.

Poprosiliśmy panią aby powtórzyła operację z kartą Marysi (zacisnęliśmy kciuki). Gdy oczekiwaliśmy na odpowiedź, a trwa to około 15 minut, nie obeszło się bez, tak przez nas nielubianego, kina birmańskiego. Hol w ciągu minuty zapełnił się aktorami, kamerzystami, scenarzystami. Nim jednak padła pierwsza klatka filmu, my z dolarami w ręce opuściliśmy ten przybytek rządowej ekstrawagancji. Jednak karty bankomatowi są respektowane. Po drodze minęliśmy jeszcze chińskich inwestorów, którzy z pewnością, jak większość ich współobywateli odwiedzających Birmę, zamieszkują najdroższe pokoje Sedona Hotel.

Tak bardzo chcielibyśmy spędzić w tym kraju więcej czasu.

zdjecia jeszcze z Bagan

Niedziela, maj 31st, 2009
Bagan - pare swiatyn posrod tysiecy
Bagan - pare swiatyn posrod tysiecy

 

posrod pol
posrod pol

 

Bagan
Bagan

 

chwilami jak w Europie
chwilami jak w Europie

 

Marysia i nasz ukochany srodek transportu
Marysia i nasz ukochany srodek transportu

Yangun - Birma

Niedziela, maj 31st, 2009

Dzisiejsze urodziny Marysi są znakomitą okazją do dalszego zapoznawania się ze specyfikami birmińskiej kuchni. Właściwie przez ostatnie dwa tygodnie nasz jadłospis był dość prosty – zupa, zupa i jeszcze raz zupa. Przyznać trzeba, iż zupki w Birmie są wyborne i…tanie. Na początek dostaje się małą miseczkę z kapustą, która smakiem przypomina naszą kiszoną. Zazwyczaj też na każdym ze stołów (na ulicach są to plastikowe stoliczki niczym dla dzieci) stoi dzbanek z zieloną herbatą. Ta część programu przeznaczona jest jednak dla tych obcokrajowców, którzy mają nieco poszerzony margines tolerancji. Filiżanki bowiem, które znajdują się w miseczce z odrobiną wody, nie są w ogóle myte. Nam to jednak wcale nie przeszkadza. Przed chwilą na jednym z ulicznych kramów piłem herbatę z filiżanki, która poprzednio dotykała ust jakiegoś fanatyka betelu – miała czerwone ślady tej popularnej tu używki. Po chwili na stole pojawia się zupa. Podawana jest bądź wraz z makaronem, bądź też w osobnym naczyniu. W tym drugim przypadku można podjadać makaron (często z fragmentami mięsa wieprzowego bądź kurczaka) pałeczkami a zupę potraktować jako bulion, bądź też już na początku zrobić mix. Cała ta przyjemność kosztuje od 300 do 800 czatów (1100 czatów to 1 dolar).

Oczywiście te niższe ceny dotyczą ulicznych kramów, które, jak dal mnie, serwują lepsze jedzenie. Nim jednak skorzysta się z ulicznej oferty trzeba się przyzwyczaić do tutejszej kulinarnej estetyki. Na wielkich tacach leżą zazwyczaj ugotowane wnętrzności zwierząt, w tym jelita, nerki, wątroby, żołądki. Na palnikach stoją ogromne gary, w których organy te się gotowały. Wokół garów na małych krzesełkach przesiadują zgłodniali Birmińczycy. Najczęściej kramy takie znajdują się w tłocznych miejscach, trzeba więc uważać aby zupa nie wylądowała na sąsiedzie.  

Dzisiaj skorzystaliśmy jednak z innej atrakcji. Poniektóre z kramów serwują najróżniejsze wnętrzności (o których nazwę bałem się zapytać) pokrojone na drobne kawałeczki i nabite na patyczki przypominające wykałaczki. Siada się wokół stołu, u podstawy którego znajduje się naczynie z wrzącym olejem. Przed zjedzeniem jeszcze mięso można podgrzać. Z boku do stołu przyczepione są pojemniczki z sosem słodko-ostrym, na miseczce zaś leżą ząbki czosnku i małe, zielone (piekielnie ostre) papryczki. Mięsa podlegają też pewnej gradacji. Jeśli wykałaczka na końcu jest złamana znaczy to, iż przyjemność spałaszowania kosztuje smakosza 100 czatów, jeśli zaś jest w całości 50 czatów. Jak dla mnie jest to pyszne – wystarczy tylko skupić się na smaku, nie zaś na widokach.

Urodzinową kolację Marysi planujemy w naszej ulubionej knajpce przy piwku z dużą ilością zakąsek. Aby w pełni zastawić nimi stół potrzebujemy 3$.   

Yangun - Birma

Sobota, maj 30th, 2009

Wróciliśmy do naszego guest house w stolicy Birmy. Nasz pokoik sprzed dwóch tygodni czekał na nas cierpliwie. Te same ściany, łóżko, wentylator – lecz w kraju, który jest już nam nieco bardziej znany niż przy ostatnim tutaj noclegowaniu. Wróciliśmy też pełni idei. Całymi wieczorami rozmawiamy co zrobić dla tych ludzi, których tutaj poznaliśmy. A do zrobienia jest bardzo wiele i co najważniejsze, jest to w zasięgu naszych możliwości. Plany wydają się bardzo konkretne i realistyczne.

Sama podróż z Bagan minęła bezproblemowo – no może poza tym, że dwóch Birmińczyków, jeden świecki, drugi mnich, rząd przed nami tak rozłożyli siedzenia, że właściwie przez całą drogę kolana mieliśmy pod brodami. Nic to jednak, najważniejsze, że autokar w miarę szybko posuwał się do przodu. Na miejscu byliśmy dzisiaj około 4 rano. Aby nie płacić dodatkowo za hotel ponad godzinę spędziliśmy w przydworcowej kafejce. Potem totalnie zdezelowaną taksówką (wydawało się, że nie dojedzie do celu) dotarliśmy do centrum stolicy.

W Rangunie zostaniemy najprawdopodobniej do jutra, potem ruszamy dalej – na południe. Póki co najważniejsze jest znaleźć bankomat, a ten jest w jednym z tutejszych hoteli. Z pieniędzmi z Birmie problemów jest nie lada. W hotelach i dworcach płaci się dolarami. Banknoty nie mogą przy tym mieć najmniejszych zagięć ani niedoskonałości. Jeśli osoba, której się płaci zauważy choć najmniejszy ślad użytkowania banknotu, z pewnością go nie przyjmie. I ja mam parę banknotów, które poczekać będą musiały na Tajlandię. Dlaczego? Bo w miejscu, w którym ktoś z poprzednich użytkowników zgiął dwudziestodolarówkę na pół, pojawił się delikatny ślad wytarcia farby drukarskiej. Na tyle delikatny, że w jakimkolwiek innym kraju, który znam, nie zwrócono by na to najmniejszej uwagi. Jako że za niektóre rzeczy płaci się dolarami, za inne zaś tutejszą walutą, część należy rozmienić. Ile? Tego już nikt nie wie.  

Bagan - Birma

Piątek, maj 29th, 2009

Dzisiaj rano podjelismy spontaniczna decyzje - wyjezdzamy do Yangunu. Slyszelismy, ze w jednym z hoteli mozna skorzystac z bankomatu - tylko jednak MasterCard. Kupilismy szybko bilety i za 2 h wskakujemy do autokaru. Na miejscu mamy byc jutro rano.

Serdeczne pozdrowienia dla pani Barbary, dziekujemy za szybka odpowiedz na maila. Jeszcze przed wyjazdem udamy sie do naszego przyjaciela i przekazemy informacje. Maila zwrotnego napiszemy juz ze stolicy.

Ciezko zegnac sie z Bagan - miejsce to jest bliskie naszym sercom, ale jeszcze bardziej ludzie, ktorych tutaj poznalismy. no coz…w droge. 

Bagan - Birma

Środa, maj 27th, 2009

Wyobraźcie sobie – wyczytaliśmy w przewodniku – wszystkie gotyckie świątynie średniowiecza zgromadzone w jednym miejscu, niczym na Manhattanie. Widok taki, podejrzewam, wprawiłby w zachwyt najmniej wrażliwego człowieka. Bagan, miejsce, w którym się znajdujemy, jest wschodnim odpowiednikiem tego nieistniejącego średniowiecznego Manhattanu. Na powierzchni czterdziestu kilometrów kwadratowych zgrupowanych jest ponad dwa tysiące świątyń buddyjskich. W okresie świetności było ich dwa razy tyle, lecz nie wszystkie wytrzymały presję mijających lat, czy burzliwej historii. Dużego zniszczenia dokonało również XX-wieczne trzęsienie ziemi (lata siedemdziesiąte). To ostatnie stało się jednak przyczynkiem do podjęcia zdecydowanych działań rekonstrukcyjnych i konserwatorskich pod patronatem UNESCO.

My przecudne to miejsce odwiedziliśmy na wypożyczonych rowerach. Old Bagan autentycznie zapiera dech w piersiach. Z każdej strony po horyzont piętrzą się to większe, to mniejsze buddyjskie świątynie. Pomiędzy nimi zaś toczy się normalne życie birmańskich wieśniaków. Tu pasterz wypasa stado kóz, tu zaś rolnik układa snobki siana. Słoneczny żar nadaje ziemi czerwonawą poświatę. Miejsce to przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania.

Cały nasz czas w Bagan, właściwie od pierwszego momentu, układa się w jedną piękną całość. Wiem, że coś z tego miejsca zostanie; coś, co, mam nadzieję, zaowocuje dla dobra wielu ludzi. Ale powoli.

Po odpoczynku w naszym guest house ruszyliśmy na rowerach po okolicach miejscowości Nyaung U. Już parę kroków od betonowej drogi z małymi sklepikami krajobraz przeobraża się w iście wiejski. Po błotnistych ulicach beztrosko kroczą krowy, dzieci bawią się u wejść do kamiennych domów. Gdy postanowiliśmy podjechać nad rzekę Irrawadę usłyszeliśmy głośne krzyki i dudnienie w bębny. Łukasz bez namysłu skierował rower właśnie w tym kierunku. Po chwili uczestniczyliśmy z mieszkańcami wsi w żywiołowej ceremonii wywoływania deszczu. Z małej, drewnianej chatki bez ścian mężczyźni grali na bębnach, wokół biegało mnóstwo ucieszonych dzieci. Pośrodku wielkiego tumultu mieszkańcy wsi przeciągali linę niczym podczas zawodów. Jak się później dowiedzieliśmy, była to walka wiatru z deszczem. Gdy tak staliśmy przyglądając się oniemiali całej akcji (a wygląda to nadzwyczaj egzotycznie), część mieszkańców okrążyła nas lustrując każdy nasz najmniejszy gest. Po chwili podbiegł mężczyzna i zaprosił nas do udziału w przeciąganiu liny. Ja z Łukaszem skorzystaliśmy. Zrzuciliśmy koszulki, mieszkańcy pomogli nam odpowiednio obwiązać longisy (suknie, które nosimy) w taki sposób, że raczej przypominały skąpą bieliznę. Szczególnie dziwnie czułem się jak jeden z uczynnych wieśniaków, ku uciesze całej wioski, przekładał ręce między moimi nogami pouczając gestami, że tyłek powinien nieco wystawać (skojarzyło mi się to z odzieniem zawodników sumo). Tak na wpół obnażeni, przy wiwacie całej wioski (młode dziewczyny nas wachlowały) przystąpiliśmy do zawodów – dwóch Birmińczyków przeciwko nam, Polakom. Do teraz mamy na ciałach ślady tej rywalizacji ale wygraliśmy. Nie wiem jednak czy byliśmy po stronie deszczu czy wiatru. Jak podejrzewam deszczu jednak, bo cały następny dzień deszcz padał bez opamiętania.

Wieczorem jeszcze raz przemierzaliśmy na rowerach pobliskie rejony. Bardzo często mieszkańcy Birmy pozdrawiali nas pytając z jakiego kraju pochodzimy. W ten sposób poznaliśmy Mintha. Gdy usłyszał, że jesteśmy Polakami aż krzyknął ze zdumienia. Powiedział, że ma wielkie szczęście, że nas spotkał i ma do nas ogromną prośbę. Minth jest szczupłym mężczyzną po czterdziestce z łagodnym spojrzeniem. Mieszka ze swą rodziną w pobliskiej wiosce oddalonej od naszego guest house o 15 minut jazdy rowerem. Nasza znajomość rozwinęła się w tak zawrotnym tempie, że choć dzisiaj mija drugi dzień od momentu naszego poznania, mam wrażenie jakbyśmy od lat byli znajomymi. Wyzwala przy tym wiele ciepłych emocji.

Minth wyciągnął z kieszeni swej koszuli kawałek kartki papieru – ku naszemu zdziwieniu zobaczyliśmy na niej imię, nazwisko i adres Polskiej kobiety. Minth poprosił aby przepisać mu te informacje dużymi literami. Początkowo nie wiedzieliśmy jak ważna to sprawa.

Minth posługuje się językiem angielskim w tak podstawowym stopniu, że chwilami nie byliśmy w stanie go zrozumieć. Widząc to jednak nie rezygnuje z przekazania najsubtelniejszej myśli – kilkakrotnie wspomagając się językiem ciała cierpliwie tłumaczy o co mu chodzi. Tak też dowiedzieliśmy się, że Polka z kartki, którą Minth nazywa „mama” udziela jego rodzinie pomocy finansowej. Sfinansowała przy tym remont jego domu, dzięki jej środkom starszy syn Mintha wyjechał na studia. Sposób w jaki opowiadał o pani Barbarze przepełniony był najwyższym szacunkiem. Posługując się metaforami tłumaczył, że jego życie płonęło, pojawienie się Barbary było niczym deszcz, który ogień ten ugasił. Minth zaprosił nas do swej wioski na ceremonię wyprawiania siedemnastu młodych chłopców (mieszkańców tej wioski) do klasztoru buddyjskiego, która odbyć się miała następnego dnia o poranku. Z zaproszenia skorzystaliśmy.

Następnego dnia, 26 maja, o godzinie 10, Minth już czekała na nas pod guest house na swym rowerze. Nasz taniec na ceremonii deszczu poskutkował, padał deszcz. Wioska Mintha wyglądała rzeczywiście na bardzo ubogą. Ściany chatek zrobione są z bambusowej maty, cały zaś przybytek zamieszkujących tam rodzin składa się z paru ubrań poskładanych w kącie, ołtarzyka buddyjskiego, paru naczyń – tyle. Dom Myntha, z którego po remoncie jest bardzo dumny, składa się z jednego większego pomieszczenia z wydzielonym bambusową matą pokoikiem. Po paru chwilach spędzonych na wesołej ceremonii usiedliśmy z rodziną Mintha – zaczęła się rozmowa.

Życie mieszkańców Birmy jest dla nas niewyobrażalne. Pięcioosobowa rodzina Mintha utrzymuje się dziennie za równowartość 2$ (sic!). Rząd nie robi nic aby pomóc ubogim stanąć na nogi. Po raz kolejny usłyszeliśmy, że elita rządząca pławi się w luksusach, ludzie zaś, mieszkańcy Birmy, cierpią niewyobrażalną biedę. Chciałbym przekazać to, co widzieliśmy i słyszeliśmy w sposób odpowiedni i rzetelny, nie jestem jednak w stanie. Słowa te były krzykiem rozpaczy nieszczęśliwych ludzi, jednocześnie pogodnych i życzliwych. Po raz kolejny słyszeliśmy, że po niedawnym cyklonie, który pozbawił mnóstwo ludzi dachów nad głową, rząd Birmy nie wpuścił pomocy zagranicznej – sam jednak totalnie nic nie robiąc. Tak jak pisałem ostatnio, że Birmińczycy utrzymują pewien poziom egzystencji, nie zaś jak w Indiach ludzie umierają na ulicach, to wiemy już, że poziom ten jest niewiarygodnie niski. Wszyscy też, z którymi rozmawialiśmy winą obarczają juntę wojskową i ich interesy z Chinami i Rosją. Faktycznie, na prawie każdym domu, który nazwać można luksusowym, widnieją chińskie napisy – mieszkają tam Chińczycy. Rozmówcy nasi opowiadali również o wielu ofiarach – tych, którzy juncie próbowali się przeciwstawić. Nie ma w Birmie pracy dla ludzi wykształconych – tak junta zabezpiecza się przed niebezpieczną inteligencją, nie ma podstawowych świadczeń socjalnych – ludzie muszą polegać na sobie. System ten musi paść – za wielu ludzi o tym mówi. Będzie to jednak krwawe wydarzenie. W krzyku rozpaczy Minth powiedział – dajcie bombę, pójdę do nich, moje życie nic nie znaczy.

Nie podajemy nazwy wioski, nie zamieszczamy zdjęć naszego przyjaciela, imię Minth nie jest prawdziwe – google mają narzędzia tłumaczenia stron na różne języki, nie chcemy zaś nikogo narażać.

Rodzi się w nas pomysł, jak pomagać ludziom w takich krajach. Po powrocie zawiążemy organizację promującą wartości prodemokratyczne. Jakkolwiek zdajemy sobie sprawę z niedociągnięć demokracji, to jednak rozumieć ją należy jako system wytwarzający takie instytucje, dzięki którym zabezpieczona jest bezkrwawa wymiana rządzących. Władza w rękach jednej grupy ludzi prowadzi do takich sytuacji, jakie obserwujemy na przykład w Birmie. Z mojej perspektywy embargo turystyczne nałożone na Birmę głosem wielu wspaniałych ludzi nie jest dobrym wyjściem. Tutaj w Birmie ludzie chcą mówić, chcą pokazywać co się u nich dzieje – nie chcą być zamknięci ze swym nieszczęściem. Organizacja nasza statutowo przemawiać będzie w imieniu pokrzywdzonych przez autorytarne rządy, będzie pogłębiała świadomość i rangę problemu w krajach demokratycznych i czynić wszelkie wysiłki nakierowane na wywieranie presji względem autorytarnych rządów. Właściwie mamy już całościowy pomysł jak organizacja będzie funkcjonować. Wiele jest do zrobienia i jeśli możemy to parę naszych groszy (jeszcze nie eurocentów) dorzucimy. Osoby, które czują podobnie i chciałyby poświęcić kawałek swego życia na zrobienie czegoś dobrego prosimy o kontakt na naszego maila (odpowiedzieć będziemy mogli najprawdopodobniej dopiero z Tajlandii – w Birmie Internet działa w formie szczątkowej).

zdjecia

Poniedziałek, maj 25th, 2009
statek do Bagan

statek do Bagan

postoj

postoj

Pawel i Lukasz w thankach (suknie nosimy od 2 dni)

Pawel i Lukasz w thankach (suknie nosimy od 2 dni)

statek

statek

na brzegu

na brzegu

widok ze statku

widok ze statku