Archive for the ‘Kambodza’ Category

Ban Lung (Ratanakiri) - Kambodza

Sobota, czerwiec 27th, 2009

Czas ruszać dalej. Jutro opuszczamy Kambodżę - jedziemy do Laosu.

Tymczasem zaraz wsiadamy na rowery i podobnie jak wczoraj ruszamy poznawać okolicę. Ratanakiri (dystrykt) jest przepiękny. Nie wiem czy widziałem kiedyś równie piękne miejsca jak tu, w Kambodży. Do tego wszystkiego cały czas czuję intensywny zapach wiosny, który w połączeniu z zieloną dżunglą, śpiewem ptaków i urokliwymi wodospadami zapiera dech w piersi.

Jeżdżąc na rowerach nieustannie odpowiadamy na pozdrowienia miejscowych. Z każdej strony dolatuje do nas „hello” oraz „bay bay”. Co jakiś czas podbiegają dzieci wystawiając dłonie do przybicia „piąteczki”. Co ciekawe, w tak pięknym miejscu, jak Ratanakiri, prawie w ogóle nie ma turystów. Przez te wszystkie dni widzieliśmy ich zaledwie kilku. Ukryte w dżungli wodospady są spokojne, bez turystycznego gwaru. Chciałbym kiedyś wrócić do tego przepięknego kraju.

Podczas mojej eskapady do Phnom Penh Łukasz i Marysia przeszli na dietę owocową – banany i arbuzy. Te drugie są tutaj niezwykle tanie. Dorodny arbuz kosztuje 1200 reali (4000 reali – 1 dolar). Nie trwało to jednak długo.

Ban Lung (Ratanakiri)

Sobota, czerwiec 27th, 2009
supermarket w wersji Ban Lung

supermarket w wersji Ban Lung

 

okolice Ban Lung
okolice Ban Lung

 

w drodze do wodospadow

w drodze do wodospadow

 

od gory

od gory

 

od dolu

od dolu

 

panowie rowerzysci

panowie rowerzysci

 

...

...

 

ochloda

ochloda

 

to sie nazywa prawdziwy fotograf

to sie nazywa prawdziwy fotograf

 

Marysia

Marysia

 

wiejskie klimaty

wiejskie klimaty

 

Ban Lung noca - glowna ulica

Ban Lung noca - glowna ulica

 

nocny taniec Lukasza na tarasie

nocny taniec Lukasza na tarasie

Ban Lung (Ratanakiri) - Kambodza

Piątek, czerwiec 26th, 2009

Jestesmy juz razem na polnocy Kambodzy. Wlasnie wypozyczylismy rowery i ruszamy na pobliskie wodospady.

wypozyczylem rower - Phnom Penh

Środa, czerwiec 24th, 2009
moj pokoj i ja

moj pokoj i ja

 

po drugiej stronie Mekkongu

po drugiej stronie Mekkongu

 

widok z mostu przyjazni kambodzansko - japonskiej

widok z mostu przyjazni kambodzansko - japonskiej

 

francuska przeszlosc

francuska przeszlosc

 

chwilowe znajomosci

chwilowe znajomosci

 

chwilowe znajomosci

chwilowe znajomosci

 

oblicze stolicy

oblicze stolicy

 

9 sekund biegu

9 sekund biegu

Phnom Penh - Kambodza

Wtorek, czerwiec 23rd, 2009

Jestem na powrót w Phnom Penh. Drogi, które ostatnio zachwycały swą czerwonawą poświatą, dzisiaj przypominają raczej monsunowe błoto, po którym koła samochodów ślizgają się niczym po lodzie. Właśnie dlatego droga, którą ostatnio przebyliśmy w 9 godzin, dzisiaj zabrała mi 13 godzin. Na jednym z przymusowych przystanków (ciężarówka ześlizgnęła się na błocie blokując przejazd na 2,5 h) zauważyłem białego mężczyznę chodzącego z zainteresowaniem wokół ciężarówki. Już po chwili zdałem sobie sprawę, że widzę go nie po raz pierwszy. Nie musiałem zbyt daleko szukać w pamięci – był to człowiek, którego zaledwie wczoraj pytaliśmy o drogę do wulkanicznego jeziorka w rejonie Ban Lung. Maszerował wtedy samotnie długą, szeroką drogą z ostentacyjnie dyndającym na piersi aparatem fotograficznym.

Teraz związani wspólnym problemem (jego autobus stał 10 metrów przed moim) zasiedliśmy w cieniu wiejskiej zabudowy i zamieniliśmy parę zdań. Jak się okazało jest niemieckim fotografem od lat pracującym na azjatyckich bezdrożach.

Kiedyś i on, podobnie jak my, w stosunkowo niedługim czasie przemierzał po kolei wiele azjatyckich krajów. Jak wspomniał, obecnie postępuje całkiem inaczej. Chcąc poznać dany kraj nie należy się spieszyć. Ważne jest aby wgryźć się w atmosferę danego miejsca, bez pośpiechu. W Kambodży spędził już dwa pełne miesiące, przed sobą ma zaś jeszcze jeden. Aby coś uchwycić, starać się dotrzeć do pewnej specyfiki danego miejsca, jak mówi, nie należy podejmować zbyt ambitnych planów. W tym kontekście wyprawę naszą potraktować musielibyśmy jako rekonesans miejsc, do których, z tych czy innych względów, chce się powrócić. Jesteśmy w pełni świadomi, że to co oglądamy podczas bliższych czy dalszych eskapad poza większe miejscowości, jest niezwykle powierzchowne – wychwytujemy jedynie rzucające się w oczy kulturowe wyróżniki. Czym innym jest to, co podczas tego wyjazdu nabrało właściwie pierwszorzędnego znaczenia. Na pierwszy rzut oka dostrzec można nieznane nam w Polsce ubóstwo, zniewolenie i niesprawiedliwości. Tu jest duże pole do działania.

Tymczasem siedzę sobie sam w małym pokoiku (1,5m x 3m) w Lake Side Guest House – tym, który opuściliśmy przedwczoraj. Przez obsługę powitany zostałem jak stary znajomy. Miłe.

Łukaszu i Marysiu wizy załatwiłem, przesłane zostaną do naszego Star Hotelu w Ban Lung w piątek. Za przesyłkę skasowała nas 5$ za wszystkie paszporty – musiałem jednak zapłacić za kopie zdjęć. Jak się okazało do wizy laotańskiej potrzebne są trzy a nie dwie fotografie. Właściwie mógłbym wracać jutro porannym autobusem, ale po całym dniu spędzonym w drodze (wyjechałem o 6:30 rano, dojechałem o 20) mam ochotę zostać jeden dzień dłużej. Kupiłem już bilet powrotny. Zobaczymy się pojutrze wieczorem.

Pachnie wiosną.

droga - Kambodza

Wtorek, czerwiec 23rd, 2009
droga Ban Lung - Phnom Penh

droga Ban Lung - Phnom Penh

 

czerwona ziemia" w wersji blotnistej

czerwona ziemia

Ban Lung - Kambodza

Poniedziałek, czerwiec 22nd, 2009

Kraje Azji południowo-wschodniej uśpiły w nas podróżniczą intuicję. Wszystko jest tu tak proste, odległości tak małe. Załatwienie biletu na drugi koniec kraju zajmuje 10 minut. Nie są to Indie z koniecznością kombinowania jak tu się dostać do celu. Tam zdarzało się, że w pociągu spędzaliśmy półtorej dnia aby wyjść na peron i z biegu wejść do następnego.

W Kambodży jest inaczej. Tutaj pod guest house podjeżdża pick up, który zawozi turystów na dworzec autobusowy, na którym czeka już gotowy do drogi autokar. Z północy na południe Kambodża liczy sobie około 450 km (ze wschodu na zachód 580 km) tak więc i podróż nie może trwać zbyt długo. Po naszych czteromiesięcznych doświadczeniach, dziewięciogodzinny przejazd jest chwilką. Tak to czujemy.

Tak też nasza uśpiona podróżnicza intuicja sprawiła, że jutro rano wrócić muszę do stolicy. Dlaczego? Otóż gdy wczoraj rano w Phnom Penh dotarliśmy pod biuro biletów skąd odjeżdżał autokar (jak się okazało bus) do Ratanakiri, o dziwo biuro było jeszcze zamknięte. Czekał na nas jednak kierowca busa, który kazał wrzucić plecaki do bagażnika i w drogę. Na otwartym biurze zależało nam o tyle, że spotkać chcieliśmy ową młodą Khmerkę, która miała zająć się naszymi laotańskimi wizami (załatwić i przesłać do Ratanakiri). Jak nas poinformowano, wizy załatwić można i w miejscu do którego się udajemy.

Droga była piękna. Od początku do końca po obu stronach roztaczały się piękne widoki z polami ryżowymi, klimatycznymi wioskami i lasami palmowymi. Do tego wszystkiego droga była jedynie utwardzoną czerwonawą glebą, nie zaś betonową ulicą.

W busie byliśmy jedynymi turystami. Nasi Khmerscy współpasażerowie już w pierwszej godzinie drogi zaczęli wymiotować. I to nie jedna osoba. To z lewej, to z prawej za naszymi plecami dało się słychać na przemian mlaskanie, to zaś wymiotowanie. Dziwne mają metody. Dziecko, które co dopiero pozbyło się zawartości żołądka, na pierwszym postoju nakarmione zostało prażoną szarańczą. Co nas zaskoczyło, nikt na dolegliwości żołądkowe nie zwracał najmniejszej uwagi. Kierowca jak gnał, tak gnał dalej. Współpasażerowie dalej toczyli jakieś dyskusję śmiejąc się beztrosko – chwilkę jedynie poczekali, aż dyskutant załatwi potrzebę przez okno. Dobrze, że Łukasz nie wpadł na pomysł aby odchylić się odrobinę w prawą stronę – jedna z salw minęła jego prawe ramię. Mimo wszystko było pięknie – Kambodża widokowo jest przeurocza.

Ban Lung już na pierwszy rzut oka przypomina prowincjonalne miasteczko. Stojąc na środku niezwykle szerokiej ulicy, z jednaj strony widać początek, z drugiej koniec miasta. Od pierwszej chwili bardzo nam się spodobało. Rikszarz zawiózł nas do starej, ogromnej willi z masywnymi, drewnianymi meblami. W pokoju naszym mamy rzeźbione masywne fotele, ogromne łoża, drewniane boazerie – ogólnie luksus. Za pokój płacimy 4$ (za 3 osoby) i jak dotąd jeśli chodzi o stosunek ceny do luksusu, Star Hotel (tak się nazywa to miejsce) jest w naszej czołówce.

Jak się zorientowaliśmy co do wiz laotańskich, faktycznie można je załatwić tutaj na miejscu, kosztują jednak dwa razy tyle co w stolicy – tego nie przewidzieliśmy. Opłaca się więc, aby jedna osoba wróciła do Phnom Penh, zostawiła wizy do wyrobienia i na drugi dzień wróciła na północ. Taki jest nasz plan. Jutro z rana o 6:30 (1:30 czasu polskiego) ruszam w drogę. Marysia i Łukasz zostają w Ban Lung.

Ratanakiri

Poniedziałek, czerwiec 22nd, 2009
w drodze do Ratanakiri (przy naszym zoladkowym busie)

w drodze do Ratanakiri (przy naszym zoladkowym busie)

 

w drodze

w drodze

 

miejscowi Ratanakiri nazywaja czerwona ziemia

miejscowi Ratanakiri nazywaja czerwona ziemia

 

Ban Lung - glowna ulica

Ban Lung - glowna ulica

 

taka ciekawostka na rozpoczecie 5-go miesiaca podrozy (zakupiona w kambodzanskim sklepie na prowincji)

taka ciekawostka na rozpoczecie 5-go miesiaca podrozy (zakupiona w kambodzanskim sklepie na prowincji)

 

widoki w rejonie Ban Lung

widoki w rejonie Ban Lung

 

dzieciaki spod sklepu

dzieciaki spod sklepu

 

rejony Ban Lung

rejony Ban Lung

 

wejscie do naszego pokoju - Star Hotel w Ban Lung

wejscie do naszego pokoju - Star Hotel w Ban Lung

Phnom Penh - Kambodza

Sobota, czerwiec 20th, 2009

No i ruszamy dalej. Na celowniku północny wschód Kambodży – rejony Ratanakiri. Tam spodziewamy się zobaczyć prawdziwą dżunglę – taką, jaka tkwi w świadomości Polaka myślącego o Kambodży. Aby tak naprawdę dotrzeć do małych wiosek na prowincji potrzebowalibyśmy więcej czasu. Z tym jednak, który mamy postaramy się zrobić jak najwięcej. Z premedytacją zboczyć chcemy ze szlaku pomiędzy głównymi miejscowościami. W takich wypadkach żałujemy, że nie dysponujemy samochodem – skazani jesteśmy na transport publiczny, który w środek dżungli nas nie przeniesie.

Jak się okazało po zakupie biletów do Ratanakiri (a zakupiliśmy bilety na jutrzejszy poranek), wizy laotańskiej na granicy nie zakupimy. Wyrobić ją musimy w Phnom Penh w Ambasadzie Laotańskiej. Musielibyśmy zostać w stolicy parę dni dłużej. Pomocną okazała się bardzo miła Khmerka z biura od biletów, która prześle nam paszporty z wizami jednym z autobusów do guest house`u na północy kraju. Możemy więc jechać do Ratanakiri a po paru dniach odbierzemy paszporty w umówionym miejscu. Musimy podjąć ryzyko – jak brzmi jedna ze świętych zasad podróżowania: „nigdy nie rozstawaj się z paszportem”. Czasami trzeba zaufać. Pani miała dobre oczy.    

Tuol Sleng - Kambodza

Sobota, czerwiec 20th, 2009

Tuol Sleng jest miejscem przerażającym. Jest owocem rządów Pol Pota – Brother no 1 Czerwonych Khmerów. Skąd w człowieku tyle arogancji aby mieć pewność co do odkrycia recepty na uzdrowienie świata? Skąd w człowieku tyle arogancji aby w imię przyszłego szczęścia poświęcać całe pokolenie ludzi? Dlaczego jednostki takie znajdują posłuch; dlaczego znajdują zwolenników? Czy nie jest tak, że bieda i desperacja pcha ludzi ku wywrotowym ideom – czymś co zrywa z przeszłością obiecując raj na ziemi. Czy ludzie nie rozumieją, że uzdrawiać należy kroczek po kroczku?
Rewolucja Czerwonych Khmerów była jedną z najbardziej brutalnych prób całkowitej przebudowy społeczeństwa. Zgodnie z pomysłem Pol Pota Kambodża stać się miała czymś na wzór utopii agrarnej. W ciągu paru godzin Czerwoni Khmerze wysiedlili na tereny wiejskie całą populację Phnom Penh, w tym chorych, starców i dzieci. Tam w tragicznych warunkach, w głodzie i skwarze, Kambodżanie pracowali do 15 godzin dziennie. Rok ogłoszenia rewolucji Pol Pota Czerwoni Khmerzy określili jako Rok Zero.
W Tuol Sleng, dawnej szkole wyższej (Toul Svay Prey High School) w centrum Phnom Penh zaadoptowanej przez Czerwonych Khmerów na więzienie i sale tortur dla wrogów rewolucji, w latach 1975 - 1978 życie straciło 17 tysięcy Kambodżan. Dzisiaj miejsce to stanowi bardzo wyrazisty symbol morderczej władzy Pol Pota, który na terenie całego kraju w okresie rządów Czerwonych Khmerów wymordował około 2 milionów ludzi. W imię czego? W imię marksistowskiej idei równości (z domieszkami maoizmu). W większości zaś byli to ludzie niezwiązani z polityką. Bratobójcza wojna opierała się na donosach, podejrzeniach i pomówieniach.
Tuol Sleng (za czasów Czerwonych Khmerów zwana S-21 [Security Prison 21]) do dzisiaj pozostała niezmieniona – jest w takim stanie, w jakim wyzwolili ją Wietnamczycy (do Tuol Sleng wkroczyli w 1979 roku). Cały kompleks składa się z czterech budynków, w których część przeznaczona została na cele, inna zaś na sale tortur. Całość robi dość piorunujące wrażenie, w powietrzu unosi się specyficzny, słodkawy zapach. Sale przesłuchań, w których ludzie Pol Pota (do dziś przebywający na wolności) katowali swych współobywateli były dawnymi, szkolnymi klasami. Na ścianach do dzisiaj wiszą szkolne tablice, teraz już nieco zmurszałe.
W klasach służących za sale tortur pośrodku stoją metalowe łóżka, na ścianach wiszą zaś fotografie zmaltretowanych Kambodżan, którzy dokładnie w tych pomieszczeniach, na tych łóżkach stracili życie. Tych biedaków niewiele dzieliło od wolności. Oprawcy w pośpiechu skatowali ich na śmierć (14 osób) gdy do Phnom Penh wkraczały już wojska Wietnamskie. Przebywanie w tych pomieszczeniach, właściwie niezmienionych, gdzie tragiczna rzeczywistość z fotografii niczym nie różni się od tego, co widzi się na własne oczy, daje do myślenia. Lekko zakrzywiony pręt z oparcia łóżka na ściennej fotografii zbroczony jest krwią. Obok leży pojemnik na ekskrementy i metalowy pręt do zakuwania nóg więźnia.
Długo by pisać o metodach kambodżańskiej kaźni. Zadziwiające, jak wiele metod przywodziło nam na myśl te stosowane w Oświęcimiu. Interesujące. Jest również sala z fotografiami więźniów przybyłych do Tuol Sleng. Ludzie uwiecznieni na Khmerskich kliszach nigdy już nie zaznali wolności. W salach znajdują się również gabloty, w których zamieszczono zdjęcia osób zrobione przed i po torturach. Katorgę Tuol Sleng przeżyło zaledwie siedem osób. Oprawcy do dzisiaj pozostają bezkarni.
Wszystkim zainteresowanym tematyką rewolucji Czerwonych Khmerów polecamy znany film z 1984 roku – Pola Śmierci – opowiadający o ostatnich dniach wolności w Phnom Penh.