Kraje Azji południowo-wschodniej uśpiły w nas podróżniczą intuicję. Wszystko jest tu tak proste, odległości tak małe. Załatwienie biletu na drugi koniec kraju zajmuje 10 minut. Nie są to Indie z koniecznością kombinowania jak tu się dostać do celu. Tam zdarzało się, że w pociągu spędzaliśmy półtorej dnia aby wyjść na peron i z biegu wejść do następnego.
W Kambodży jest inaczej. Tutaj pod guest house podjeżdża pick up, który zawozi turystów na dworzec autobusowy, na którym czeka już gotowy do drogi autokar. Z północy na południe Kambodża liczy sobie około 450 km (ze wschodu na zachód 580 km) tak więc i podróż nie może trwać zbyt długo. Po naszych czteromiesięcznych doświadczeniach, dziewięciogodzinny przejazd jest chwilką. Tak to czujemy.
Tak też nasza uśpiona podróżnicza intuicja sprawiła, że jutro rano wrócić muszę do stolicy. Dlaczego? Otóż gdy wczoraj rano w Phnom Penh dotarliśmy pod biuro biletów skąd odjeżdżał autokar (jak się okazało bus) do Ratanakiri, o dziwo biuro było jeszcze zamknięte. Czekał na nas jednak kierowca busa, który kazał wrzucić plecaki do bagażnika i w drogę. Na otwartym biurze zależało nam o tyle, że spotkać chcieliśmy ową młodą Khmerkę, która miała zająć się naszymi laotańskimi wizami (załatwić i przesłać do Ratanakiri). Jak nas poinformowano, wizy załatwić można i w miejscu do którego się udajemy.
Droga była piękna. Od początku do końca po obu stronach roztaczały się piękne widoki z polami ryżowymi, klimatycznymi wioskami i lasami palmowymi. Do tego wszystkiego droga była jedynie utwardzoną czerwonawą glebą, nie zaś betonową ulicą.
W busie byliśmy jedynymi turystami. Nasi Khmerscy współpasażerowie już w pierwszej godzinie drogi zaczęli wymiotować. I to nie jedna osoba. To z lewej, to z prawej za naszymi plecami dało się słychać na przemian mlaskanie, to zaś wymiotowanie. Dziwne mają metody. Dziecko, które co dopiero pozbyło się zawartości żołądka, na pierwszym postoju nakarmione zostało prażoną szarańczą. Co nas zaskoczyło, nikt na dolegliwości żołądkowe nie zwracał najmniejszej uwagi. Kierowca jak gnał, tak gnał dalej. Współpasażerowie dalej toczyli jakieś dyskusję śmiejąc się beztrosko – chwilkę jedynie poczekali, aż dyskutant załatwi potrzebę przez okno. Dobrze, że Łukasz nie wpadł na pomysł aby odchylić się odrobinę w prawą stronę – jedna z salw minęła jego prawe ramię. Mimo wszystko było pięknie – Kambodża widokowo jest przeurocza.
Ban Lung już na pierwszy rzut oka przypomina prowincjonalne miasteczko. Stojąc na środku niezwykle szerokiej ulicy, z jednaj strony widać początek, z drugiej koniec miasta. Od pierwszej chwili bardzo nam się spodobało. Rikszarz zawiózł nas do starej, ogromnej willi z masywnymi, drewnianymi meblami. W pokoju naszym mamy rzeźbione masywne fotele, ogromne łoża, drewniane boazerie – ogólnie luksus. Za pokój płacimy 4$ (za 3 osoby) i jak dotąd jeśli chodzi o stosunek ceny do luksusu, Star Hotel (tak się nazywa to miejsce) jest w naszej czołówce.
Jak się zorientowaliśmy co do wiz laotańskich, faktycznie można je załatwić tutaj na miejscu, kosztują jednak dwa razy tyle co w stolicy – tego nie przewidzieliśmy. Opłaca się więc, aby jedna osoba wróciła do Phnom Penh, zostawiła wizy do wyrobienia i na drugi dzień wróciła na północ. Taki jest nasz plan. Jutro z rana o 6:30 (1:30 czasu polskiego) ruszam w drogę. Marysia i Łukasz zostają w Ban Lung.