Jesteśmy w Pekinie. Podróż pociągiem była, muszę przyznać, dość męcząca. Różnica pomiędzy pociągiem ekonomicznym a takim, którym przebyliśmy przykładowo odcinek Guilin – Shanghai polega, nie tylko na mniejszej przestrzeni życiowej, lecz również na braku klimatyzacji. Zamiast nawiewu, jak do tej pory, na modłę indyjską u sufitu wagonów przymocowane są kręcące się wentylatory. Jest ich jednak znacznie mniej niż w Indiach przez co właściwie całą drogę pasażerowie zlani są potem. Dodatkowym utrudnieniem, jak okazało się stosunkowo szybko, były ograniczone możliwości zmiany pozycji. Podróż trwała 22 godziny. Nic to jednak – jesteśmy w stolicy. Pięknym było przemierzać pogrążone w ciemności Chiny. Nim jednak zapadła ciemność obserwowaliśmy co dzieje się za oknem. Póki Chińczycy nie ingerują w otaczającą ich przyrodę, przyznać trzeba, że kraj ten jest piękny. Mijaliśmy malownicze góry, szerokie rzeki. Większość jednak z ponad 9 milionów km² powierzchni tego kraju zajmują betonowe bokowiska. Nie dość to ekspansja chińskiego budownictwa cały czas z wielkim impetem postępuje do przodu. Co chwilę zauważyć można ogromne dźwigi i metalowe konstrukcje – Chiny dalej się zabudowują. Gdy praktycznie bez snu dojechaliśmy do Pekinu, na dworcu odebrała nas znajoma z pociągu do Shanghaiu, która w międzyczasie (gdy mieszkaliśmy w Shanghaiu) zdążyła już wrócić do domu, do stolicy. Poinformowała nas, że pierwsze kroki nie skierujemy w stronę hotelu, lecz do niej do domu. Tak też się stało. Klejący i zmęczeni wspięliśmy się na dwunaste piętro jednego z bloków w zachodniej części Pekinu (w drodze powrotnej zjechaliśmy windą – dlaczego tego nie zaproponowała na początku? Nie wiemy). Po wypiciu paru kubków herbaty jaśminowej przyszedł i czas na drogę do Ploft – hotelu, w którym mamy rezerwacje. Jutro składamy wnioski na wizę mongolską.