Jesteśmy w strefie wpływów klimatu kontynentalnego. Ułan Bator jest pierwszym chłodniejszym miejscem od dobrych poru miesięcy. Wieczorami temperatura spada do 10 stopni Celsjusza. Jest zimno. Do tej pory biegałem w moich białych, nepalskich spodenkach – teraz czas na zmiany. Dzisiaj rano byliśmy na, jak dowiedzieliśmy się od znajomych, największym azjatyckim bazarze. Cel był jeden. Zakupić ciepłe ubrania. W tej chwili mam na sobie dżinsy, w kącie leży koreańska kurtka. Cóż. Azja południowa została daleko za nami. Indie, Nepal, Tajlandia, Kambodża – to wszystko już wspomnienia.
Mongolia jest nam Polakom bliższa. To nie tylko klimat kontynentalny, który w Polsce dociera w rejony Suwałk. To także kuchnia. Byliśmy dzisiaj na obiedzie, który z powodzeniem nazwać można obiadem w stylu polskim. Był gulasz, były ziemniaczki i suróweczka. Cóż…ciekawa odmiana.
To również nie wszystko. Od chwili, kiedy przekroczyliśmy granicę chińsko – mongolską, od razu zaczęliśmy rozmawiać po polsku. Właściwie już w pociągu paru Mongołów słysząc, że jesteśmy Polakami, zaczęło rozmawiać z nami…po polsku. Większość z nich pamięta język polski jeszcze z okresu dominacji naszego czerwonego brata; młodsi w Polsce studiują.
Ostatnie dwa dni spędziliśmy właściwie w grupie polskich podróżników, wspaniałych studentów, którzy pełni pasji przemierzają azjatyckie bezdroża. Pięknie jest bez barier językowych dzielić się własnymi przeżyciami…tak po prostu.
Skrajnym zbiegiem okoliczności była trójka Polaków, których poznaliśmy w Zamyr Uud – pierwszym mongolskim miasteczku (obecnie z nimi mieszkamy). Na pytanie skąd pochodzą usłyszeliśmy, że z… Katowic. Odpowiedzieliśmy, że my jesteśmy z Siemianowic Śląskich. „Hmm - mówi Paweł, jeden z trójki - w Siemianowicach dwa lata temu miałem praktyki w Urzędzie Miasta”. „Właśnie tam pracuję” – odpowiadam. Czy świat nie jest mały?
Ale po kolei. Mała retrospekcja.
Z Pekinu wyjechaliśmy w czwartek wieczorem. Już na dworcu zaprzyjaźniliśmy się z dwójką naukowców z Mongolskiej Akademii Nauki – z Delgersikhan`em oraz Byambanyam Enkhbayar`em. Wspólnie wsiedliśmy do autobusu sypialnego, który, w niezwykle zaskakującym tempie, dowiózł nas do Erenhot – ostatniego miasteczka po stronie chińskiej. Dojechaliśmy około 4 rano. Gdy nieco zaspani wytoczyliśmy się z autobusu od razu zaatakowała nas chmara naganiaczy, którzy w ogóle nie słuchając naszych argumentów, próbowali nakłonić nas do skorzystania z ich niepowtarzalnej oferty. Postanowiliśmy, że nie będąc pewni poprawnego wyboru (mając również problemy komunikacyjne) zrobimy to, co nasi nowi, mongolscy znajomi. Tak też w pół godziny później znaleźliśmy się w malutkim hoteliku przy jednej z handlowych ulic Ernhot. Cel – wyspać się do rana, zrobić ostatnie zakupy i wio w stronę granicy.
Dalsze wydarzenia są dość charakterystyczne dla przekraczania granic pomiędzy krajami Azji, które łączą również dość znaczące stosunki handlowe. Granicę przekraczaliśmy w wynajętym dżipie, na społy z grupą mongolskich handlarzy. Było całkiem zabawnie i bezproblemowo. Pierwsze mongolskie miasteczko – Zamyer Uud – jest już całkiem innym światem. Tu kończy się Azja orientalna, tu kończy się to wszystko, co wydaje się nam obco-fascynująco-obezwładniające. Mongolia leży już w strefie kulturowej zbliżonej do naszej (z podobnymi doświadczeniami historycznymi). Mongolia jest już państwem, gdzie uraczyć można wiele już bliższych nam zwyczajów, potraw, sposobów myślenia. Powoli wracamy, to czuję już w powietrzu; chodząc w dżinsach, jedząc kiełbaskę, nawet siedząc z polskimi podróżnikami przy czystej wódeczce.
W Ułan Bator trafiliśmy do Serge`s Guest House. Właściciel, którego pamiętam sprzed pięciu lat, jak wielu Mongołów spotkanych na ulicach stolicy, posługuje się językiem polskim. Jestem nawet w tym samym pokoju, w którym pięć lat temu spałem z mymi przyjaciółmi. Dziwne uczucie. Serge w międzyczasie dorobił się dzieci, powodzi mu się całkiem nieźle. Gdy przypomniałem mu, że poznaliśmy się parę lat temu, wyciskał mnie serdecznie. Dobrze jest wracać.
Z praktycznych spraw załatwiliśmy bilety na pociąg do rosyjskiego Ułan Udee, skąd mamy już pociąg transsyberyjski do Moskwy. Ale to dopiero za tydzień. Jutro bądź pojutrze, w zależności jak ułożą się sprawy z Ambasadą Rosyjską (w Pekinie odrzucono nasze wnioski o wizę tranzytową) chcemy ruszyć w stepy. A jest to dogłębnie piękna sprawa. Już zapomniałem, jaki czar ma zielony step z białą, płócienną jurtą i wypasającym się koniem. Tu jest tak pięknie, tak cudownie…tak jakoś bliżej.
Dotarły również do nas niedobre wieści z Pekinu. Łukasz najprawdopodobniej musi wrócić do Siemianowic. Chińskie Ministerstwo do Spraw Bezpieczeństwa Wewnętrznego nie chce mu wystawić chińskiej wizy (sic!) póki nie przedstawi biletu powrotnego do domu. Cóż za absurd. Chwytamy się jednak jeszcze nadziei, że może gdyby Łukasz wykupił bilet na odcinek kolei Transmandżurskiej (przez Chiny i Rosję do Ulan Udee), władze chińskie wbiją mu odpowiednią pieczątkę. Łukasz! Cokolwiek by się nie stało, gdziekolwiek byśmy się nie spotkali (czy to w Ulan Udee, czy też we Lwowie) myślami jesteśmy przy Tobie.
Za oknem widzę stolicę Mongolii; budujące się średniej miary szklane wieżowce, ulicę z pędzącymi Hammerami; z tyłu zaś majaczą zielone góry i bezkresne stepy.
Choć jednak nie wróciłem jeszcze do domu, już intensywnie tęsknię za Indiami. Teraz, czując, że się zbliżam, tęsknota ta zaczyna tężeć. Coś mi tak po głowie chodzą północno – wschodnie Indie; Sikim i bezdroża Nepalu.