Archive for the ‘Indie’ Category
minuta z indyjskiego pociagu (goraco bylo troszke pozniej)
Sobota, maj 9th, 2009Kalkuta - Indie
Sobota, maj 9th, 2009Jesteśmy na powrót w Indiach – w Kalkucie. Przeprawa z Nepalu, choć w ciągu ostatnich miesięcy zdarzały się dłuższe przejazdy, należała do najbardziej męczących. Z samego Kathmandu do granicy dostaliśmy się nocnym autobusem. Na granicy wynajęliśmy bryczkę zaprzęgniętą do konia – to pozwoliło nam pokonać dość duże dystanse pomiędzy dworcem autobusowym, nepalskim oraz indyjskim biurem emigracyjnym. Dość ciekawie było w tym drugim, gdzie ja z Marysią (Łukasz spał na bryczce) wypisywaliśmy deklaracje wjazdowe. Obsługiwał nas pokaźnych rozmiarów, łysy Hindus z wielkim czerwonym trzecim okiem na czole. Zakomunikował w końcu, że w związku ze świńską grypą musimy zostać przebadani, lekarka jest w drodze. Po chwili pojawił się pan z aparatem – prasa. Nasz hinduski urzędnik założył na twarz zieloną maskę, pani, która siedziała obok zrobiła to samo chwytając Marysię jakby do badania pulsu (choć trzymała ją za kciuk). Pan z aparatem pstryknął zdjęcie. Jeśli chodzi o badania to byłoby na tyle. Tak oto znaleźliśmy się w hinduskiej gazecie. Na przypieczętowanie tego ważnego momentu wypiliśmy z całym gronem herbatę i …czelo (fonetyczny zapis indyjskiego słowa używanego w przeróżnych sytuacjach znaczącego „w drogę”, „idź”, „przesuń się”).
Po indyjskiej stronie chwyciliśmy pociąg do Kalkuty. I tu zaskoczenie. Myśleliśmy, że droga potrwa około ośmiu godzin. Gdy zakupiliśmy bilety okazało się, że pociąg jest powolny i drogę tę pokonuje w godzin dwadzieścia. A tak marzyliśmy o wieczornym prysznicu po trudach nocnej podróży. Cóż. Ta właśnie partia podróży należała do najtrudniejszych. Oczywiście dysponując biletem o nazwie general ticket nie mogliśmy liczyć na miejscówki. Tliła się jednak nadzieja, że w samym pociągu dostaniemy się do konduktora, który za odpowiednią opłatą zdziała jakieś cuda. Nic z tego. Pociąg był zatłoczony do granic możliwości. Zaczęliśmy studiować przeróżne pozycje dające ulgę zbolałym ciałom (a raczej ich częściom). Pomyśleliśmy, że Hindusi ulepieni z jakiejś innej gliny. Podczas gdy my podwieszeni pod sufitem wykonywaliśmy przez cały czas różne wygibasy, Hindusi trwali w statycznej pozie. Jak tylko pociąg zatrzymywał się na dworcu, niezwykłą siłą woli docieraliśmy do wyjścia aby rozprostować nogi. Z tego rodzaju bólem jest coś niezwykłego. Przerwa w podróży i rozprostowanie nóg było niczym gaszenie pragnienia ciepłą wodą. Bez specjalnej przyjemności natychmiast zapomina się o pragnieniu. Tak stojąc na dworcu zaraz zapominało się o wszelkim bólu, nawet o tym, który jeszcze przed nami.
Po piątej rano dojechaliśmy. Otrzepując ból wsiedliśmy do żółtego Ambasadora, który podwiózł nas do guest housu. Czas na prysznic. Jutro zaś samolot do Tajlandii, skąd po pięciu dniach czelo do Birmy.
Nepal, Indie
Sobota, maj 9th, 2009Varanasi
Niedziela, kwiecień 26th, 2009Na górne piętro prowadziły kamienne schody, które o tak późnej porze niknęły niemalże w całkowitym mroku. Pomieszczenie, w którym się znaleźliśmy spowite było nikłym blaskiem księżyca lekko zabarwionym czerwoną poświatą znajdujących się poniżej budynku stosów pogrzebowych. W oczach poczuliśmy drażniący dym. Pod surową ścianą dostrzegliśmy kontury śpiącej na kamiennej posadce osoby. Kobieta leżała na kawałku materiału. Radżu, nasz znajomy Hindus, podszedł do kobiety i pomógł jej przyjąć pozycje siedzącą. Mieliśmy przed sobą 102 letnią staruszkę zwaną przez wszystkich odwiedzających to miejsce „mama”. Kamienny budynek wznoszący się nad najstarszym ghatem Varanasi zwanym Manikarnika służy jako hospicjum dla oczekujących na śmierć starców. Od pięćdziesięciu lat prowadzi je mama, która z biegiem czasu stała się ikoną tego miejsca. Radżu wskazał aby podejść bliżej kobiety. W półmroku dostrzegłem jej pooraną zmarszczkami twarz. Każdego z nas chwyciła za głowę wymawiając słowa błogosławieństwa. Posturą mama przypominała troszkę jej nieżyjącą znajomą – matkę Teresę. Podobno razem podejmowały różne akcje mające na celu pomoc umierającym biedakom. W ciemności surowego, kamiennego pomieszczenia chwila ta wydała mi się niezwykła. Chwilę później stanęliśmy przy balustradzie z widokiem na Manikarnikę – ghat stosów pogrzebowych. Co chwilę dało się słyszeć odgłos przypominający pękające w ognisku kasztany – to pękające w ogniu czaszki popielonych zwłok. Zanim jednak ciało trafi na stos, zwłoki owinięte w biały całun wędruja na bambusowych noszach przez zaułkami starego miasta w kierunku Gangesu. Przy transporcie pracują niedotykalni – najniższa z hinduskich kast. Przed spaleniem zmarły zanurzony zostaje w wodach najświętszej rzeki, dokonuje się również ważenia zwłok w celu określenia ilości potrzebnego drewna oraz, co się z tym wiąże, kosztu ceremonii. W ostatniej drodze zmarłemu towarzyszą jedynie męscy członkowie rodziny, kobiety, w myśl tradycji, reagują zbyt emocjonalnie.
Gdy opuściliśmy budynek hospicjum górujący nad ghatem Manikarniką podeszliśmy do kamiennej kolumienki u podnóża której płonął święty ogień Shivy. To właśnie z tego źródła ognia od paru tysięcy lat płoną wszystkie cała na najstarszym z ghatów. Płomień ten nigdy też nie przygasł. Pod tą skromną kolumienką ogień płonie od czasów daleko przed Chrystusem.
Wody Gangesu niosą nie tylko prochy zmarłych, którzy na starość zadbali o odpowiednie miejsce spoczynku, lecz również całe, nie spalone ciała. Zgodnie z obyczajem bez spopielenia do Gangesu wrzucane są ciała dzieci, kobiet w ciąży oraz ludzki ukąszonych przez węże. Miejsce te ma swą siłę, daje się wyczuć autentyczny, źródłowy hinduizm.
Nim nastał świt następnego dnia znowu byliśmy nad wodami Gangesu. Tym razem wynajęliśmy łódź, którą przepłynęliśmy wzdłuż najważniejszych ghatów. Gdy około godziny 8:00 wracaliśmy do naszego hotelu, spotkaliśmy na ulicy znajomych, których poznaliśmy jeszcze w McLeod Ganj, w pobliżu rezydencji Dalajlamy. Anglicy ci, Marc i Kate spędzili z nami ważny wieczór – urodziny Łukasza. Udaliśmy się do restauracji na kolację.
Czas jednak opuszczać Indie – jutro z rana ruszamy do Nepalu.
Varanasi
Niedziela, kwiecień 26th, 2009droga
Piątek, kwiecień 24th, 2009pociag do Varanasi
Piątek, kwiecień 24th, 2009Tempa nabiera już trzeci miesiąc naszej wyprawy a żądza podróżowania, która rzuciła nas w tę część świata wcale nie maleje. Często rozmawiamy o tych miejscach na ziemi, w których chcielibyśmy się znaleźć. I choć przed nami jeszcze sporo drogi w myślach planujemy podróż dookoła świata. Jakkolwiek groźnie to brzmi, wiem, że jest to do zorganizowania – jeśli się chce.
Po co to, można zapytać. I choć nie znam na to pytanie ostatecznej odpowiedzi, wiem, że warto. Choćby ten moment. Leżę właśnie na swej „pryczy” w przemykającym przez nocne Indie pociągu. Zajmuję środkowe miejsce spośród trzech pryczy przymocowanych jedna pod drugą do ścianki działowej wagonu. Wokół mnie toczy się życie. Widzę kobietę w czerwono – złotym sari (rodzaj powłóczystego odzienia zazwyczaj w jaskrawych kolorach), która trzyma swego synka na kolanach. Chłopczyk wokół oczu wymalowane ma charakterystyczne hennowe pręgi. Kobieta boki gołych stóp spoczywających na leżance pomalowane ma na czerwono. Na palcach widać pierścionki. Przed chwilką przemknęło koło mnie dwóch świętych mężów odzianych w różowe szaty. Na środku czół wymalowane mają trzecie oko. Indie to jednak nie tylko kraina stanów ducha. Jeden ze świętych trzyma w ręku telefon komórkowy. Mój sąsiad z dolnej leżanki wrócił właśnie z dworca (mieliśmy krótki postój) i zabiera się za jedzenie – widzę ciapaty, ryż, dal. Hindusi do jedzenie używają jedynie prawej ręki – nie mają zwyczaju używać sztućców. Lewa ręka zgodnie z obyczajem uznawana jest za nieczystą. Służy do czynności higienicznych (papieru toaletowego również nie używają). Tak więc zachodząc do indyjskiej restauracji pierwsze kroki kieruje się w stronę umywalki. Jedzenie rękami jest całkiem przyjemne.
Wróćmy do pociągu. Co chwilę korytarzem przemykają sprzedawcy herbaty (czai), kawy (kofi), wody (pani) jak i wielu przekąsek w stylu grochu z kawałkami pomidora, ogórka i masalą (specjały przyrządzają na miejscu). Co do spraw higienicznych w Indiach trzeba się całkowicie przestawić. Zauważyliśmy, że większość Hindusów do pociągowej ubikacji w tzn. „Indian style” (otwór w podłodze z małym kranikiem do podmywania) wchodzi boso. Nie przeszkadza im wiele rzeczy, które dla nas stanowiłyby spory problem. W miastach bokiem ulic spływają rynsztoki, na chodnikach leżą sterty śmieci, w których psy, kozy i krowy wciąż wyszukują resztek jedzenia. Mają jednak swoje zasady, jak choćby picie wody z butelki nie dotykając jej ustami. Przechylają butelkę z pewnej wysokości tak, że strumień wody wlewa się im do ust.
Leżę na mej leżance i wydaje mi się, że świat tutaj jest bardziej kolorowy. Ale to chyba nie o to chodzi w podróżowaniu. Będąc tu daleko wyskakujemy na chwilę z trybów – jest czas na myślenie, przeprowadzenie bilansu. A do tego ta nutka niepewności co do następnego dnia – nowe miejsca, kolejne cztery hotelowe ściany, modlitewny gwar Gangesu, krzyk ulicy. Co chwilę odkrywamy coś nowego, uczymy się cierpliwości.
Mój sąsiad skończył wieczerzę – papierowy talerzyk z pojemniczkami na specyfiki wyrzucił przez okno (powszechnie tolerowana praktyka). Teraz położył się na swej leżance i zabiera się za spanie. Łukasz poszedł do ubikacji zapalić papierosa, Marysia czyta Drogę do wolności Dalajlamy. Ja zaś wracam do Tolkiena – jestem w królestwie Gondoru.
Jaipur
Wtorek, kwiecień 21st, 2009Przed chwila wyszlismy po 24 godzinach z pociagu. Podroz ma w sobie cos niezwyklego - wpada sie w pewien rodzaj zawiszenia. Czas zaczyna inaczej biec. Poznaje sie ludzi, lezy sie na swej “pryczy” - a wszystko to z umykajacymi za oknem karobrazami. Piekne chwile. Teraz czas na odpoczynek. Znalezlismy dziwny hotelik w bocznej uliczce. W Jaipurze zostajemy do jutra i ruszamy dalej - tak jak planowalismy - do Varanasi. Ufff, choc troche zmeczeni cudnie sie czujemy i chyba zaraz zrobimy sobie nocny spacer po starym miescie - a podobno jest co ogladac. Lece!!
Bombaj - w drodze
Poniedziałek, kwiecień 20th, 2009„Myślałem, że Delhi jest okropne – powiedział Łukasz zbliżając się do bombajskiego dworca kolejowego, z którego udać mieliśmy się do Jaipuru – ale Bombaj zdecydowanie przerasta pod tym kontem wszystkie inne miejsca”. Ja sam nie znam okropniejszego miejsca na tym świecie. Od samego początku, podczas pierwszego wyjazdu do Indii, miałem już to uczucie, które teraz po stokroć zostało spotęgowane. Gdyby była możliwość z pewnością miejsce to byśmy ominęli. Jednak właśnie Bombaj jest głównym węzłem komunikacyjnym tej części Indii i aby wydostać się z Gokarny, musieliśmy tu przyjechać. Nasz plany co do Varanasi musiały zostać skorygowane. Po całym dniu spędzonym na dworcach, w rikszach, autobusach, taksówkach (choć tak chcieliśmy je ominąć) nie udało się kupić biletu do najświętszego z miast – Varanasiu musi jeszcze poczekać parę dni. Nie powinno stanowić to problemu, mówi się bowiem, że jest to najstarsze nieustannie zamieszkałe miasto na świecie. Wróćmy do Bombaju. Choć może po części emocje moje wiążą się z dość konkretnym zmęczeniem – całą noc bowiem jechaliśmy pociągiem z Gokarny (w totalnym ścisku przy wejściu do ubikacji) – to gdybym miał oddać to miejsce w paru słowach, powiedziałbym – rozżarzony upał, nieprzeciętna bieda, slumsy, niezliczone zastępy naciągaczy, zła karma. Miasto to przytłacza swym ogromem zatraconym w upale. Każdy ruch stanowi tu dla mnie problem. Tak jakby wszystkie siły sprzysiężyły się przeciwko naszym staraniom. Chciałem uniknąć taksówki – ostatnimi razy właśnie za sprawą taksówkarzy mieliśmy problemy – postanowiliśmy więc, że tym razem zaufamy riksiarzowi. Hmmm… i on nas zrobił. Tu też lekcja. Parę dobrych godzin później wycieńczeni, cali mokrzy z przyklejonymi do brudnego ciała koszulkami wsiedliśmy jednak do taksówki. Nie mieliśmy już sił po raz kolejny szukać autobusu a musieliśmy dotrzeć na Victoria Railway Station (budynek tego dworca z powodzeniem posłużyć by mógł na siedzibę najdostojniejszych uczelni). Skromny, starszy kierowca okazał się nie tylko bardzo uprzejmy, ale i do tego uczciwy – jego cena była odpowiednia do wykonanej usługi. No i jak tu odróżnić człowieka o szczerych intencjach od szarlatana, który tylko czyha, jak tu oskubać białasa. Myślę, że ci drudzy nie szukają kontaktu wzrokowego – choć się go nie boją. Z pięknych rzeczy w Bombaju – wkrótce (za 6 godzin) go opuszczamy.


































