Archive for the ‘Iran’ Category

Teheran

Sobota, marzec 7th, 2009
uliczki

uliczki

Trudno ogarnąć wielowarstwowość tego kraju. Jest dla mnie co najmniej intrygujący. Wiele w nim kontrastów – niepodobny do Lachestanu (tak Irańczycy nazywają Polskę). Poznajemy jego strzępy, kawałeczki; przyglądamy się ludziom, rozmawiamy. Iran pisze nam niezwykłe scenariusze – pełne ludzkiej życzliwości, dziecinnej otwartości.

Mozaika przeróżnych okoliczności – starożytnej tradycji, politycznej moralizacji, zachodnich wzorców młodych ludzi, antyzachodniej propagandy, muzułmańskiej żywiołowości daje w rezultacie efekt rozbicia, które na wzór handlowej specjalizacji – Teheran dzieli się na obszary, w których kupić można tylko żyrandole, w innym tylko kalendarze, w jeszcze innym tylko garnki – umiejscawia przybysza z zewnątrz to w świecie bajkowego świata tysiąca i jednej nocy, to w środku strasznego reżimu z karabinami utrwalonymi w monumentalnych mozaikach, to zaś w centrum nowoczesnej stolicy ze strzelistymi bankami. A w środku tego młode pokolenie Irańczyków, gdzie młode, umalowane dziewczyny chodzą w czarnych szatach z chustami na głowach, a metroseksualni mężczyźni w obcisłych koszulkach z cekinami kryją się z alkoholem w zaciszach swych domów a potem rozkładają modlitewne dywaniki. Parę dni to za mało. Ja się poddaję – tu trzeba wrócić na dłużej. Powtórzę – kraj ten jest co najmniej intrygujący.

Odwiedzając fryzjera w jednej z wąskich uliczek techerańskiego bazaru, w którym wyczuć można atmosferę starożytnego szlaku jedwabnego, poznaliśmy przebywających tam sprzedawców z pobliskich stoisk. Po goleniu i ścinaniu dwutygodniowego zarostu jeden z nich zaprowadził nas do stojącego nieopodal stoiska z oliwkami, kiszonymi specyfikami, suszonymi daktylami. Chwilę później maszerowaliśmy w swoją stronę z pudełkiem daktyli i cytrynami. Może bym o ty nie wspominał, takie dowody sympatii spotkają nas w Teheranie na każdym kroku, lecz właśnie przy tym stoisku następnego dnia poznaliśmy ciekawego Irańczyka.

Po nieco leniwym dniu – pierwszy raz od wyjazdu (no może poza gościnnym Lwowem) wyspaliśmy się do woli – postanowiliśmy wybrać się na posiłek. W ramach naszych ciągotek do kulinarnych nowości postanowiliśmy skonsumować kozią głowę (danie te przyuważyliśmy poprzedniego dnia w jednej z ulicznych barów). Jak się jednak okazało odnalezienie baru serwującego to danie nie jest sprawą łatwą.). Tak czy inaczej znaleźliśmy się wkrótce przy stoisku Alego, który po kolei podawał nam przeróżne specyfiki do kosztowania. Wśród nich znalazły się gniecione oliwki, kiszone ogóreczki, marynowane czosnek i cebula, przeróżne pyszności. Po chwili pojawił się młody Irańczyk, który jak pamiętaliśmy 15 minut wcześniej częstował nas cukierkami. Zaprosił do siebie na herbatę. Pierwszy raz w Iranie byliśmy w muzułmańskim domu. Życzliwość tego człowieka przyjmowała chwilami nawet nieco przerysowaną postać. Gdy przechodziliśmy przez ulicę barykadował swym ciałem stronę, od której jechały samochody. Gdy Łukasz kupował papierosy podbiegł i zapłacił. Wystarczyło spojrzeć w bok w stronę stoiska, a ten miły człowiek mimo protestów już brał się za kupowanie obiektu naszego zainteresowania. W każdym bądź razie wylądowaliśmy u niego w domu. W niezwykle przestrzennych pokojach zamiast foteli (i takich tam) pod ścianami znajdowały się poduchowate oparcia. Niezwykła harmonia połączona z minimalizmem i dobrym gustem. W pewnym momencie powiedział „home” – odebraliśmy to jako propozycję odprowadzenia nas do hotelu. Podziękowaliśmy za gościnę i ruszyliśmy za naszym nowym kolegą. Wprawdzie nie byliśmy pewni co do odpowiedniego kierunku jaki obrał ale spacerowało się bardzo sympatycznie. Jak się okazało to nie do hotelu postanowił nas zaprowadzić Irańczyk, lecz do swego drugiego domu, gdzie znowu oglądaliśmy wszystkie pokoje z osobna, kanały w telewizji, albumy ze zdjęciami, czy zawartość lodówki. Jak się okazało pracował w branży skarpetkowej. Jak się domyśliliśmy skarpetki to biznes rodzinny – z tego co widzieliśmy, firma prosperować musiała dość dobrze. Na zakończenie naszego spotkania odbyła się programowa sesja fotograficzne i z zapasem skarpetek na cały wyjazd taksówką wróciliśmy do hotelu.

Hotel nasz to osobna historia z handlarzami z Azerbejdżanu, mnóstwem towarów non stop przeliczanymi przez kobiety biegające z termosami herbaty.

z Iranczykami

z Iranczykami

nowy przyjaciel Marysi

nowy przyjaciel Marysiuliczki

ornamentyka

ornamentyka

boczne uliczki (Pawel)

Czwartek, marzec 5th, 2009

Chodzimy, chodzimy, chodzimy i chodzimy po Teheranie. Fascynujące. Wczorajsza wieczorna wyprawa w poszukiwaniu tańszego hotelu przeobraziła się w drogę nowych doznań kulinarnych. Jedliśmy między innymi kanapkę z mózgiem czy zupę o nazwie asz (w wymowie). Dopiero wracając do hotelu natknęliśmy się na szyld z napisem Gilanow Hotel. Pierwsze wrażenie – Milion Dolar Hotel. W recepcji pod ścianami siedzą Irańczycy, Z boku przy rozpalonym piecyku majaczy staroświecki telewizor – aura lekko mroczna, fascynująca, podobnie jak cena. Kto jak nie my w centrum pełnym ekstrawaganckich hoteli znajdzie coś takiego i to za niecałe 7 dolarów. Ta chwila przesądziła. Skorupa pękła. Począwszy od tej chwili Teheran odsłania przed nami swe starsze oblicze. Wąskie uliczki pełne handlarzy, niezwykłych kolorów, tysięcy zapachów i niezwykle życzliwych ludzi. Nie przyuważyliśmy ani jednego turysty – może dlatego spotykamy się z taką życzliwością. Dostajemy ciasteczka, daktyle, owoce – wielu ludzi się do nas uśmiecha.

A rewolucja islamska? Wydaje się, że ludzie chcą żyć normalnie. Chusty zasłaniające włosy irańskich kobiet często opadają na tylną część głowy, kobiety mają makijaż. Mężczyzna, który podwoził nas z dworca (istnieje instytucja prywatnej taksówki) żalił się „Iran is not good”, że nie mogą normalnie żyć, napić się piwka. Wiele zła wyrządzić może polityczne umoralnianie społeczeństwa.

Jest co najmniej interesująco – z jednej strony na miarę stolicy zatłoczone ulice, wysokie banki (bankomaty nie obsługują karty Visa, ani żadnej nam znanej), ludzie w garniturach, z drugiej zaś niezwykły świat teherańskich „bocznych uliczek” – pełnych zapachów, turbanów, handlarzy, aury starożytnej Persji. Dobrze, że tu zostajemy. Zaraz lecimy na jakąś dziwną strawę – najprawdopodobniej nabitą na patyk grilowaną nerkę.

skonsumowany przez nas mozg
skonsumowany przez nas mozg
ulice Teheranu
ulice Teheranu
miejscowi konsumujacy zupe "asz"
miejscowi konsumujacy zupe
wieczorny chlod
wieczorny chlod
przydrozny sklepik
przydrozny sklepik

stolica

Środa, marzec 4th, 2009

Po 4,5 h bladzenia po miescie znalezlismy hotel. Zostajemy tu jednak tylko do rana bo jak na nasze warunki jest niezwykle drogi. Wszystkie hotele w Teheranie maja bardzo wysoki standard - nie jest to miasto turystyczne. Wydaje sie, ze jedyni odwiedzajacy to bogaci biznesmeni, ktorzy przyjechali tu w interesach. Nam sie jednak udalo. Za pokoj 3-osobowy zaplacimy 45 dolcow. Pozwolilismy sobie na ten luksus tylko dlatego, ze bilety lotnicze okazaly sie tansze a dodatkowo jestesmy troche zmeczeni po przeprawie z ganicy. Wlasciwie to tyle. Lece z Lukaszem na miasto rozgladnac sie za czyms tanszym. Jesli nie znajdziemy to jutro wyjezdzamy ze stolicy. Najwazniejsze zalatwione - bilety do Indii. Jedyny termin, ktory nas trzyma to 8 marca - wtedy musimy byc na lotnisku. Lece, bo w tym hotelu nawet internet jest niebotycznie drogi.

Teheran - Iran (Pawel)

Środa, marzec 4th, 2009
wizyta w szkole

wizyta w szkole

w restauracji z nauczycielami

w restauracji z nauczycielami

iranski entuzjazm

iranski entuzjazm

przerwa w przydroznym barze

przerwa w przydroznym barze

Dotarlismy do Teheranu - czekamy wlasnie, az pojawi sie odpowiednia osoba, ktora w biurze Mahan Airlines wyda nam bilety na lot do Indii - jest cieplo - piekna wiosna tej zimy

A oto krotka retrospekcja napisana dzisiaj w nocy w autobusie z granicy do stolicy (800 km)

Gdy wieczorną porą dotarliśmy do Dogubeyazit – tureckiego miasteczka nieopodal granicy turecko – irańskiej – nie do końca wiedzieliśmy co robić. Mieliśmy alternatywę, bądź jakimś środkiem transportu podjechać na przejście graniczne bez pewności co do dalszego transportu, bądź też znaleźć tani hotel z perspektywą porannego kontynuowania podróży. Chyba właśnie ta alternatywa malowała się na naszych twarzach bo podeszła do nas grupka czterech mężczyzn w garniturach z wyraźną chęcią pomocy. Nieco zmieszani postanowiliśmy skorzystać z zaproszenia do znajdującej się nieopodal restauracji. Tak też rozpoczęła się nasza znajomość z całym gronem nauczycieli tego małego miasteczka. Po restauracji, w której byliśmy głównymi bohaterami ciągnącej się coraz dłużej sesji zdjęciowej, skorzystaliśmy z zaproszenia Mustafy i w chwilę później siedzieliśmy z jego nauczycielską rodziną – matka oraz siostra również uczą – przy herbacie. Mimo, iż nadal nie wiedzieliśmy co z noclegiem, przejazdem na granicę, to jednak były to chwile niezapomniane. Siostra Mustafy śpiewała kurdyjskie pieśni, wszyscy byli uśmiechnięci i niezwykle życzliwi.

Dalej wszystko potoczyło się tak jakbyśmy sobie tego życzyli. Nowi znajomi zaprowadzili nas do hotelu „Teheran” – nie dość to, wynegocjowali całkiem przystępną cenę za pokój. Gdy zostaliśmy sami pomyśleliśmy, że posiedzimy sobie przy czerwonym winie – w końcu następnego dnia mieliśmy wjechać do Iranu – kraju, w którym nie sposób zakupić tego szlachetnego trunku. Więc misja – trzeba zorganizować butelkę wina. Błądząc wraz z Łukaszem po ulicach Dogubeyazit (Marysia zażywała prysznicu) w poszukiwaniu otwartego sklepu, poznaliśmy pewnego miejscowego, który płynną angielszczyzną – a nie jest to częste – wprowadził nas w tajniki przeprawy na stronę irańską.

Kolejnego dnia po śniadaniu wraz z naszymi nauczycielami udaliśmy się do ich szkoły – ośrodka dla dzieci specjalnej troski, gdzie przyjęci zostaliśmy niezwykle życzliwie przez cały personel. Stamtąd już z plecakami ruszyliśmy w kierunku minibusa, którym dostaliśmy się na granicę. I tu niespodzianka. Przejście na stronę irańską, wbrew naszym oczekiwaniom, odbyło się niezwykle sprawnie – bez kontroli bagażu.

Pierwsze nasze odczucia nowego kraju? Totalne zagubienie co do waluty, w której nie sposób się od razu rozeznać (a trzeba się nią posługiwać) i wynikające z tego udane próby oszukania nas na wszystkich transakcjach jakich dokonaliśmy – od wymiany waluty poczynając, cenę taksówki na dworzec autobusowy, a kończąc na zapłacie za herbatę w poczekalni. Na szczęście jest to kraj tani – starty więc są niewielkie. Marysia na samym wstępie zmuszona została do zakrycia głowy chustą – efekt rewolucji muzułmańskiej – co też bez większych emocji uczyniła. Ludzie wydają się jednak normalni – to rządzące głowy mają jakieś problemy.

Słowa te piszę w autobusie do Teheranu, który do stolicy dowieść ma nas na około 6 rano. Zobaczymy. Za oknem z ciemności wyłaniają się mały miasteczka trochę atmosferą przypominające indyjskie przedmieścia. To tak skrótowo o ostatnich 24 h. Pozdrowienia dla całej kochanej Grupy Ocochodzi.

pierwsze widoki

pierwsze widoki

droga do Teheranu

droga do Teheranuprzerwa w przydroznym barzeprzerwa w drodze