Archive for kwiecień, 2009

Pokhara - Nepal

Środa, kwiecień 29th, 2009

Jesteśmy w Nepalu. Do samej Pokhary – malowniczego miasteczka wśród Himalajów nad jeziorem Fewe – wjechaliśmy na dachu autobusu. Już na pierwszy rzut oka Nepal jest całkiem inną krainą – spokojniejszą, czystszą. Przejeżdżaliśmy przez małe wioski na zboczach gór. Harmider ulicy z tysiącem naganiaczy, natrętnych sklepikarzy, został po indyjskiej stronie granicy. Nepalczycy wydają się być z natury bardziej spokojni a wychodząc z autobusu w małej wiosce nie słychać dookoła nic poza śpiewem ptaków.

Wyjeżdżając z Varanasi podjęliśmy decyzję, że skorzystamy z niezwykle atrakcyjnej (finansowo) oferty agencji turystycznej, która za całkiem rozsądną opłatą zorganizuje przejazd do Nepalu. Do granicy mieliśmy jechać autokarem turystycznym (sic!), tam, już po stronie nepalskiej, przenocować i z rana ruszyć nepalskim autobusem do samej Pokhary. Rano o siódmej wsiedliśmy więc do tuk-tuka, który zawiózł nas na umówione miejsce. O dziwo z oferty tej jak się okazało skorzystało wielu zagranicznych. Znaleźliśmy się w grupie Brytyjczyków, Koreańczyków, Japończyków, Amerykanów itd. Z daleka już dało się słyszeć angielskojęzyczny tumult. Kierownik agencji zaprosił nas śniadanie do sklepiko-restauracji z widokiem na wspaniały, lśniący autokar zaparkowany po drugiej stronie ulicy. Zjedliśmy tosta z omletem. Czekamy. Po półtorej godziny nagle wyłonił się Hindus i poprosił aby wziąć bagaże i iść za nim. W międzyczasie wspaniały wehikuł turystyczny odjechał. Po dziesięciu minutach staliśmy przy zdezelowanym autokarze linii państwowych, takim jakim podróżowaliśmy do tej pory. W autokarze turystycznym zepsuły się hamulce. Pomyśleliśmy, że nie było nam dane zaznać komfortu – drugi raz próby już nie podejmiemy.

O ile my przyzwyczajeni jesteśmy do tego rodzaju podróży, turyści zagraniczni byli bardzo skonsternowani. Co chwilę z przodu bądź z tyłu dochodziły odgłosy typu „terrible”. Hehe

Nepalski autobus przysporzył nam dużo radości. Co chwilę dosiadali się Nepalczycy to z kozami, to z kurczakami w podziurawionym kartoniku. Jadąc na dachu poznaliśmy Charliego z Australii i Debrę ze Stanów Zjednoczonych. Trzymamy się razem. Charlie z nami zamieszkał. Teraz pozostało przypatrzeć się Nepalowi. Coś nowego i już teraz widzę, że fascynującego. 

Nepal i droga

Środa, kwiecień 29th, 2009
na dachu autobusu w drodze do Pokhary

na dachu autobusu w drodze do Pokhary

przez himalajskie wioski

przez himalajskie wioski

przerwa na cold drink

przerwa na cold drink

w drodze

w drodze

sklepik

sklepik

Varanasi

Niedziela, kwiecień 26th, 2009

Na górne piętro prowadziły kamienne schody, które o tak późnej porze niknęły niemalże w całkowitym mroku. Pomieszczenie, w którym się znaleźliśmy spowite było nikłym blaskiem księżyca lekko zabarwionym czerwoną poświatą znajdujących się poniżej budynku stosów pogrzebowych. W oczach poczuliśmy drażniący dym. Pod surową ścianą dostrzegliśmy kontury śpiącej na kamiennej posadce osoby. Kobieta leżała na kawałku materiału. Radżu, nasz znajomy Hindus, podszedł do kobiety i pomógł jej przyjąć pozycje siedzącą. Mieliśmy przed sobą 102 letnią staruszkę zwaną przez wszystkich odwiedzających to miejsce „mama”. Kamienny budynek wznoszący się nad najstarszym ghatem Varanasi zwanym Manikarnika służy jako hospicjum dla oczekujących na śmierć starców. Od pięćdziesięciu lat prowadzi je mama, która z biegiem czasu stała się ikoną tego miejsca. Radżu wskazał aby podejść bliżej kobiety. W półmroku dostrzegłem jej pooraną zmarszczkami twarz. Każdego z nas chwyciła za głowę wymawiając słowa błogosławieństwa. Posturą mama przypominała troszkę jej nieżyjącą znajomą – matkę Teresę. Podobno razem podejmowały różne akcje mające na celu pomoc umierającym biedakom. W ciemności surowego, kamiennego pomieszczenia chwila ta wydała mi się niezwykła. Chwilę później stanęliśmy przy balustradzie z widokiem na Manikarnikę – ghat stosów pogrzebowych. Co chwilę dało się słyszeć odgłos przypominający pękające w ognisku kasztany – to pękające w ogniu czaszki popielonych zwłok. Zanim jednak ciało trafi na stos, zwłoki owinięte w biały całun wędruja na bambusowych noszach przez zaułkami starego miasta w kierunku Gangesu. Przy transporcie pracują niedotykalni – najniższa z hinduskich kast. Przed spaleniem zmarły zanurzony zostaje w wodach najświętszej rzeki, dokonuje się również ważenia zwłok w celu określenia ilości potrzebnego drewna oraz, co się z tym wiąże, kosztu ceremonii. W ostatniej drodze zmarłemu towarzyszą jedynie męscy członkowie rodziny, kobiety, w myśl tradycji, reagują zbyt emocjonalnie.
Gdy opuściliśmy budynek hospicjum górujący nad ghatem Manikarniką podeszliśmy do kamiennej kolumienki u podnóża której płonął święty ogień Shivy. To właśnie z tego źródła ognia od paru tysięcy lat płoną wszystkie cała na najstarszym z ghatów. Płomień ten nigdy też nie przygasł. Pod tą skromną kolumienką ogień płonie od czasów daleko przed Chrystusem.
Wody Gangesu niosą nie tylko prochy zmarłych, którzy na starość zadbali o odpowiednie miejsce spoczynku, lecz również całe, nie spalone ciała. Zgodnie z obyczajem bez spopielenia do Gangesu wrzucane są ciała dzieci, kobiet w ciąży oraz ludzki ukąszonych przez węże. Miejsce te ma swą siłę, daje się wyczuć autentyczny, źródłowy hinduizm.
Nim nastał świt następnego dnia znowu byliśmy nad wodami Gangesu. Tym razem wynajęliśmy łódź, którą przepłynęliśmy wzdłuż najważniejszych ghatów. Gdy około godziny 8:00 wracaliśmy do naszego hotelu, spotkaliśmy na ulicy znajomych, których poznaliśmy jeszcze w McLeod Ganj, w pobliżu rezydencji Dalajlamy. Anglicy ci, Marc i Kate spędzili z nami ważny wieczór – urodziny Łukasza. Udaliśmy się do restauracji na kolację.
Czas jednak opuszczać Indie – jutro z rana ruszamy do Nepalu.

Varanasi

Niedziela, kwiecień 26th, 2009
zycie nad Gangesem

zycie nad Gangesem

rytualne kapiele i nie tylko

rytualne kapiele i nie tylko

ghaty

ghaty

wioslarz

wioslarz

na dziobie

na dziobie

pranie

pranie

panowie i panie

panowie i panie

Manikarnika

Manikarnika

ceremonia

ceremonia

urodziny Lukasza

urodziny Lukasza

droga

Piątek, kwiecień 24th, 2009
pociag do Varansai
pociag do Varansai

pociag do Varanasi
pociag do Varanasi

nie zawsze jest latwo
nie zawsze jest latwo

kazde miejsce dobre
kazde miejsce dobre

nowe znajomosci - rodzina z Bombaju
nowe znajomosci - rodzina z Bombaju

spod dachu
spod dachu

Jaipur - w poblizu palacu
Jaipur - w poblizu palacu

ulice Varanasi
ulice Varanasi

ulice Varanasi
ulice Varanasi

ulice Varanasi
ulice Varanasi

ulice Varanasi
ulice Varanasi

dzisiejsze sniadanie za 1$ od osoby
dzisiejsze sniadanie za 1$ od osoby

pociag do Varanasi

Piątek, kwiecień 24th, 2009

Tempa nabiera już trzeci miesiąc naszej wyprawy a żądza podróżowania, która rzuciła nas w tę część świata wcale nie maleje. Często rozmawiamy o tych miejscach na ziemi, w których chcielibyśmy się znaleźć. I choć przed nami jeszcze sporo drogi w myślach planujemy podróż dookoła świata. Jakkolwiek groźnie to brzmi, wiem, że jest to do zorganizowania – jeśli się chce.

Po co to, można zapytać. I choć nie znam na to pytanie ostatecznej odpowiedzi, wiem, że warto. Choćby ten moment. Leżę właśnie na swej „pryczy” w przemykającym przez nocne Indie pociągu. Zajmuję środkowe miejsce spośród trzech pryczy przymocowanych jedna pod drugą do ścianki działowej wagonu. Wokół mnie toczy się życie. Widzę kobietę w czerwono – złotym sari (rodzaj powłóczystego odzienia zazwyczaj w jaskrawych kolorach), która trzyma swego synka na kolanach. Chłopczyk wokół oczu wymalowane ma charakterystyczne hennowe pręgi. Kobieta boki gołych stóp spoczywających na leżance pomalowane ma na czerwono. Na palcach widać pierścionki. Przed chwilką przemknęło koło mnie dwóch świętych mężów odzianych w różowe szaty. Na środku czół wymalowane mają trzecie oko. Indie to jednak nie tylko kraina stanów ducha. Jeden ze świętych trzyma w ręku telefon komórkowy. Mój sąsiad z dolnej leżanki wrócił właśnie z dworca (mieliśmy krótki postój) i zabiera się za jedzenie – widzę ciapaty, ryż, dal. Hindusi do jedzenie używają jedynie prawej ręki – nie mają zwyczaju używać sztućców. Lewa ręka zgodnie z obyczajem uznawana jest za nieczystą. Służy do czynności higienicznych (papieru toaletowego również nie używają). Tak więc zachodząc do indyjskiej restauracji pierwsze kroki kieruje się w stronę umywalki. Jedzenie rękami jest całkiem przyjemne.

Wróćmy do pociągu. Co chwilę korytarzem przemykają sprzedawcy herbaty (czai), kawy (kofi), wody (pani) jak i wielu przekąsek w stylu grochu z kawałkami pomidora, ogórka i masalą (specjały przyrządzają na miejscu). Co do spraw higienicznych w Indiach trzeba się całkowicie przestawić. Zauważyliśmy, że większość Hindusów do pociągowej ubikacji w tzn. „Indian style” (otwór w podłodze z małym kranikiem do podmywania) wchodzi boso. Nie przeszkadza im wiele rzeczy, które dla nas stanowiłyby spory problem. W miastach bokiem ulic spływają rynsztoki, na chodnikach leżą sterty śmieci, w których psy, kozy i krowy wciąż wyszukują resztek jedzenia. Mają jednak swoje zasady, jak choćby picie wody z butelki nie dotykając jej ustami. Przechylają butelkę z pewnej wysokości tak, że strumień wody wlewa się im do ust.

Leżę na mej leżance i wydaje mi się, że świat tutaj jest bardziej kolorowy. Ale to chyba nie o to chodzi w podróżowaniu. Będąc tu daleko wyskakujemy na chwilę z trybów – jest czas na myślenie, przeprowadzenie bilansu. A do tego ta nutka niepewności co do następnego dnia – nowe miejsca, kolejne cztery hotelowe ściany, modlitewny gwar Gangesu, krzyk ulicy. Co chwilę odkrywamy coś nowego, uczymy się cierpliwości.

Mój sąsiad skończył wieczerzę – papierowy talerzyk z pojemniczkami na specyfiki wyrzucił przez okno (powszechnie tolerowana praktyka). Teraz położył się na swej leżance i zabiera się za spanie. Łukasz poszedł do ubikacji zapalić papierosa, Marysia czyta Drogę do wolności Dalajlamy. Ja zaś wracam do Tolkiena – jestem w królestwie Gondoru.

Jaipur

Wtorek, kwiecień 21st, 2009

Przed chwila wyszlismy po 24 godzinach z pociagu. Podroz ma w sobie cos niezwyklego - wpada sie w pewien rodzaj zawiszenia. Czas zaczyna inaczej biec. Poznaje sie ludzi, lezy sie na swej “pryczy” - a wszystko to z umykajacymi za oknem karobrazami. Piekne chwile. Teraz czas na odpoczynek. Znalezlismy dziwny hotelik w bocznej uliczce. W Jaipurze zostajemy do jutra i ruszamy dalej - tak jak planowalismy - do Varanasi. Ufff, choc troche zmeczeni cudnie sie czujemy i chyba zaraz zrobimy sobie nocny spacer po starym miescie - a podobno jest co ogladac.  Lece!!

Bombaj - w drodze

Poniedziałek, kwiecień 20th, 2009

„Myślałem, że Delhi jest okropne – powiedział Łukasz zbliżając się do bombajskiego dworca kolejowego, z którego udać mieliśmy się do Jaipuru – ale Bombaj zdecydowanie przerasta pod tym kontem wszystkie inne miejsca”. Ja sam nie znam okropniejszego miejsca na tym świecie. Od samego początku, podczas pierwszego wyjazdu do Indii, miałem już to uczucie, które teraz po stokroć zostało spotęgowane. Gdyby była możliwość z pewnością miejsce to byśmy ominęli. Jednak właśnie Bombaj jest głównym węzłem komunikacyjnym tej części Indii i aby wydostać się z Gokarny, musieliśmy tu przyjechać. Nasz plany co do Varanasi musiały zostać skorygowane. Po całym dniu spędzonym na dworcach, w rikszach, autobusach, taksówkach (choć tak chcieliśmy je ominąć) nie udało się kupić biletu do najświętszego z miast – Varanasiu musi jeszcze poczekać parę dni. Nie powinno stanowić to problemu, mówi się bowiem, że jest to najstarsze nieustannie zamieszkałe miasto na świecie. Wróćmy do Bombaju. Choć może po części emocje moje wiążą się z dość konkretnym zmęczeniem – całą noc bowiem jechaliśmy pociągiem z Gokarny (w totalnym ścisku przy wejściu do ubikacji) – to gdybym miał oddać to miejsce w paru słowach, powiedziałbym – rozżarzony upał, nieprzeciętna bieda, slumsy, niezliczone zastępy naciągaczy, zła karma. Miasto to przytłacza swym ogromem zatraconym w upale. Każdy ruch stanowi tu dla mnie problem. Tak jakby wszystkie siły sprzysiężyły się przeciwko naszym staraniom. Chciałem uniknąć taksówki – ostatnimi razy właśnie za sprawą taksówkarzy mieliśmy problemy – postanowiliśmy więc, że tym razem zaufamy riksiarzowi. Hmmm… i on nas zrobił. Tu też lekcja. Parę dobrych godzin później wycieńczeni, cali mokrzy z przyklejonymi do brudnego ciała koszulkami wsiedliśmy jednak do taksówki. Nie mieliśmy już sił po raz kolejny szukać autobusu a musieliśmy dotrzeć na Victoria Railway Station (budynek tego dworca z powodzeniem posłużyć by mógł na siedzibę najdostojniejszych uczelni). Skromny, starszy kierowca okazał się nie tylko bardzo uprzejmy, ale i do tego uczciwy – jego cena była odpowiednia do wykonanej usługi. No i jak tu odróżnić człowieka o szczerych intencjach od szarlatana, który tylko czyha, jak tu oskubać białasa. Myślę, że ci drudzy nie szukają kontaktu wzrokowego – choć się go nie boją. Z pięknych rzeczy w Bombaju – wkrótce (za 6 godzin) go opuszczamy.

szybka migawka z Bombaju

Poniedziałek, kwiecień 20th, 2009
na dworcu w Bombaju

na dworcu w Bombaju

Bombaj w poblizu jednego z dworcow

Bombaj w poblizu jednego z dworcow

slamsy

slamsy

Gokarna

Sobota, kwiecień 18th, 2009

Czas przyśpieszyć naszą podróż. Jutro zaczynamy przeprawę do najświętszego miasta Hindusów - Varanasi – czeka nas około 40 godzin w pociągu. Już wiemy, że nie uda się załatwić miejscówek – spróbujemy jak dotychczas, w pociągu. Tak więc jak wszystko przebiegnie planowo za trzy dni będziemy ponownie nad Gangesem. W Varanasi jednak Ganges nie przypomina tego z Riszkikeszu, wartkiego, czystego. W Varanasi Ganges jest posępny, spowity w dymach ze stosów pogrzebowych. Stamtąd po paru dniach udamy się do Nepalu – do Kathmandu. W Nepalu jednak nie zabawimy za długo. 10 maja musimy być na powrót w Indiach (w Kalkucie) skąd lecimy do Tajlandii aby po pięciu dniach z Bangkoku polecieć do Birmy. Tam spędzimy koło trzech tygodni. Dziwne. Tańszą opcją jest polecieć z Indii do Tajlandii i stamtąd do Birmy, niż z Indii do Birmy. Najbardziej by nam odpowiadało przekroczenie granicy lądem – nie ma jednak takiej możliwości.

Nasz mały pokoik, w którym obecnie mieszkamy składa się z łóżka i moskitiery. Jest tak mało przestrzeni, że trzy plecaki prawie całkowicie ją wypełniają. Nie sposób też zapanować nad naszymi przedmiotami, które z konieczności leżą na ziemi warstwowo. A pomyślałby kto, że im mniej przestrzeni tym większy porządek. Wręcz przeciwnie – cały czas czegoś szukamy. Łukasz postanowił przenieść się na hamak, który rozwiesił pomiędzy dwoma kolumienkami przed wejściem do pokoju. Tam dręczą go komary, nocą zaś lekką tkaninę do przykrycia zdzierają z niego psy. To nie wszystko. Wieczorami po ogrodzie biegają szczury wielkości kotów z ogromnymi ogonami. Cały czas jednak słychać szum oceanu, jest niezwykle ciepło.