Archive for maj, 2009

zdjecia jeszcze z Bagan

Niedziela, maj 31st, 2009
Bagan - pare swiatyn posrod tysiecy
Bagan - pare swiatyn posrod tysiecy

 

posrod pol
posrod pol

 

Bagan
Bagan

 

chwilami jak w Europie
chwilami jak w Europie

 

Marysia i nasz ukochany srodek transportu
Marysia i nasz ukochany srodek transportu

Yangun - Birma

Niedziela, maj 31st, 2009

Dzisiejsze urodziny Marysi są znakomitą okazją do dalszego zapoznawania się ze specyfikami birmińskiej kuchni. Właściwie przez ostatnie dwa tygodnie nasz jadłospis był dość prosty – zupa, zupa i jeszcze raz zupa. Przyznać trzeba, iż zupki w Birmie są wyborne i…tanie. Na początek dostaje się małą miseczkę z kapustą, która smakiem przypomina naszą kiszoną. Zazwyczaj też na każdym ze stołów (na ulicach są to plastikowe stoliczki niczym dla dzieci) stoi dzbanek z zieloną herbatą. Ta część programu przeznaczona jest jednak dla tych obcokrajowców, którzy mają nieco poszerzony margines tolerancji. Filiżanki bowiem, które znajdują się w miseczce z odrobiną wody, nie są w ogóle myte. Nam to jednak wcale nie przeszkadza. Przed chwilą na jednym z ulicznych kramów piłem herbatę z filiżanki, która poprzednio dotykała ust jakiegoś fanatyka betelu – miała czerwone ślady tej popularnej tu używki. Po chwili na stole pojawia się zupa. Podawana jest bądź wraz z makaronem, bądź też w osobnym naczyniu. W tym drugim przypadku można podjadać makaron (często z fragmentami mięsa wieprzowego bądź kurczaka) pałeczkami a zupę potraktować jako bulion, bądź też już na początku zrobić mix. Cała ta przyjemność kosztuje od 300 do 800 czatów (1100 czatów to 1 dolar).

Oczywiście te niższe ceny dotyczą ulicznych kramów, które, jak dal mnie, serwują lepsze jedzenie. Nim jednak skorzysta się z ulicznej oferty trzeba się przyzwyczaić do tutejszej kulinarnej estetyki. Na wielkich tacach leżą zazwyczaj ugotowane wnętrzności zwierząt, w tym jelita, nerki, wątroby, żołądki. Na palnikach stoją ogromne gary, w których organy te się gotowały. Wokół garów na małych krzesełkach przesiadują zgłodniali Birmińczycy. Najczęściej kramy takie znajdują się w tłocznych miejscach, trzeba więc uważać aby zupa nie wylądowała na sąsiedzie.  

Dzisiaj skorzystaliśmy jednak z innej atrakcji. Poniektóre z kramów serwują najróżniejsze wnętrzności (o których nazwę bałem się zapytać) pokrojone na drobne kawałeczki i nabite na patyczki przypominające wykałaczki. Siada się wokół stołu, u podstawy którego znajduje się naczynie z wrzącym olejem. Przed zjedzeniem jeszcze mięso można podgrzać. Z boku do stołu przyczepione są pojemniczki z sosem słodko-ostrym, na miseczce zaś leżą ząbki czosnku i małe, zielone (piekielnie ostre) papryczki. Mięsa podlegają też pewnej gradacji. Jeśli wykałaczka na końcu jest złamana znaczy to, iż przyjemność spałaszowania kosztuje smakosza 100 czatów, jeśli zaś jest w całości 50 czatów. Jak dla mnie jest to pyszne – wystarczy tylko skupić się na smaku, nie zaś na widokach.

Urodzinową kolację Marysi planujemy w naszej ulubionej knajpce przy piwku z dużą ilością zakąsek. Aby w pełni zastawić nimi stół potrzebujemy 3$.   

Yangun - Birma

Sobota, maj 30th, 2009

Wróciliśmy do naszego guest house w stolicy Birmy. Nasz pokoik sprzed dwóch tygodni czekał na nas cierpliwie. Te same ściany, łóżko, wentylator – lecz w kraju, który jest już nam nieco bardziej znany niż przy ostatnim tutaj noclegowaniu. Wróciliśmy też pełni idei. Całymi wieczorami rozmawiamy co zrobić dla tych ludzi, których tutaj poznaliśmy. A do zrobienia jest bardzo wiele i co najważniejsze, jest to w zasięgu naszych możliwości. Plany wydają się bardzo konkretne i realistyczne.

Sama podróż z Bagan minęła bezproblemowo – no może poza tym, że dwóch Birmińczyków, jeden świecki, drugi mnich, rząd przed nami tak rozłożyli siedzenia, że właściwie przez całą drogę kolana mieliśmy pod brodami. Nic to jednak, najważniejsze, że autokar w miarę szybko posuwał się do przodu. Na miejscu byliśmy dzisiaj około 4 rano. Aby nie płacić dodatkowo za hotel ponad godzinę spędziliśmy w przydworcowej kafejce. Potem totalnie zdezelowaną taksówką (wydawało się, że nie dojedzie do celu) dotarliśmy do centrum stolicy.

W Rangunie zostaniemy najprawdopodobniej do jutra, potem ruszamy dalej – na południe. Póki co najważniejsze jest znaleźć bankomat, a ten jest w jednym z tutejszych hoteli. Z pieniędzmi z Birmie problemów jest nie lada. W hotelach i dworcach płaci się dolarami. Banknoty nie mogą przy tym mieć najmniejszych zagięć ani niedoskonałości. Jeśli osoba, której się płaci zauważy choć najmniejszy ślad użytkowania banknotu, z pewnością go nie przyjmie. I ja mam parę banknotów, które poczekać będą musiały na Tajlandię. Dlaczego? Bo w miejscu, w którym ktoś z poprzednich użytkowników zgiął dwudziestodolarówkę na pół, pojawił się delikatny ślad wytarcia farby drukarskiej. Na tyle delikatny, że w jakimkolwiek innym kraju, który znam, nie zwrócono by na to najmniejszej uwagi. Jako że za niektóre rzeczy płaci się dolarami, za inne zaś tutejszą walutą, część należy rozmienić. Ile? Tego już nikt nie wie.  

Bagan - Birma

Piątek, maj 29th, 2009

Dzisiaj rano podjelismy spontaniczna decyzje - wyjezdzamy do Yangunu. Slyszelismy, ze w jednym z hoteli mozna skorzystac z bankomatu - tylko jednak MasterCard. Kupilismy szybko bilety i za 2 h wskakujemy do autokaru. Na miejscu mamy byc jutro rano.

Serdeczne pozdrowienia dla pani Barbary, dziekujemy za szybka odpowiedz na maila. Jeszcze przed wyjazdem udamy sie do naszego przyjaciela i przekazemy informacje. Maila zwrotnego napiszemy juz ze stolicy.

Ciezko zegnac sie z Bagan - miejsce to jest bliskie naszym sercom, ale jeszcze bardziej ludzie, ktorych tutaj poznalismy. no coz…w droge. 

Bagan - Birma

Środa, maj 27th, 2009

Wyobraźcie sobie – wyczytaliśmy w przewodniku – wszystkie gotyckie świątynie średniowiecza zgromadzone w jednym miejscu, niczym na Manhattanie. Widok taki, podejrzewam, wprawiłby w zachwyt najmniej wrażliwego człowieka. Bagan, miejsce, w którym się znajdujemy, jest wschodnim odpowiednikiem tego nieistniejącego średniowiecznego Manhattanu. Na powierzchni czterdziestu kilometrów kwadratowych zgrupowanych jest ponad dwa tysiące świątyń buddyjskich. W okresie świetności było ich dwa razy tyle, lecz nie wszystkie wytrzymały presję mijających lat, czy burzliwej historii. Dużego zniszczenia dokonało również XX-wieczne trzęsienie ziemi (lata siedemdziesiąte). To ostatnie stało się jednak przyczynkiem do podjęcia zdecydowanych działań rekonstrukcyjnych i konserwatorskich pod patronatem UNESCO.

My przecudne to miejsce odwiedziliśmy na wypożyczonych rowerach. Old Bagan autentycznie zapiera dech w piersiach. Z każdej strony po horyzont piętrzą się to większe, to mniejsze buddyjskie świątynie. Pomiędzy nimi zaś toczy się normalne życie birmańskich wieśniaków. Tu pasterz wypasa stado kóz, tu zaś rolnik układa snobki siana. Słoneczny żar nadaje ziemi czerwonawą poświatę. Miejsce to przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania.

Cały nasz czas w Bagan, właściwie od pierwszego momentu, układa się w jedną piękną całość. Wiem, że coś z tego miejsca zostanie; coś, co, mam nadzieję, zaowocuje dla dobra wielu ludzi. Ale powoli.

Po odpoczynku w naszym guest house ruszyliśmy na rowerach po okolicach miejscowości Nyaung U. Już parę kroków od betonowej drogi z małymi sklepikami krajobraz przeobraża się w iście wiejski. Po błotnistych ulicach beztrosko kroczą krowy, dzieci bawią się u wejść do kamiennych domów. Gdy postanowiliśmy podjechać nad rzekę Irrawadę usłyszeliśmy głośne krzyki i dudnienie w bębny. Łukasz bez namysłu skierował rower właśnie w tym kierunku. Po chwili uczestniczyliśmy z mieszkańcami wsi w żywiołowej ceremonii wywoływania deszczu. Z małej, drewnianej chatki bez ścian mężczyźni grali na bębnach, wokół biegało mnóstwo ucieszonych dzieci. Pośrodku wielkiego tumultu mieszkańcy wsi przeciągali linę niczym podczas zawodów. Jak się później dowiedzieliśmy, była to walka wiatru z deszczem. Gdy tak staliśmy przyglądając się oniemiali całej akcji (a wygląda to nadzwyczaj egzotycznie), część mieszkańców okrążyła nas lustrując każdy nasz najmniejszy gest. Po chwili podbiegł mężczyzna i zaprosił nas do udziału w przeciąganiu liny. Ja z Łukaszem skorzystaliśmy. Zrzuciliśmy koszulki, mieszkańcy pomogli nam odpowiednio obwiązać longisy (suknie, które nosimy) w taki sposób, że raczej przypominały skąpą bieliznę. Szczególnie dziwnie czułem się jak jeden z uczynnych wieśniaków, ku uciesze całej wioski, przekładał ręce między moimi nogami pouczając gestami, że tyłek powinien nieco wystawać (skojarzyło mi się to z odzieniem zawodników sumo). Tak na wpół obnażeni, przy wiwacie całej wioski (młode dziewczyny nas wachlowały) przystąpiliśmy do zawodów – dwóch Birmińczyków przeciwko nam, Polakom. Do teraz mamy na ciałach ślady tej rywalizacji ale wygraliśmy. Nie wiem jednak czy byliśmy po stronie deszczu czy wiatru. Jak podejrzewam deszczu jednak, bo cały następny dzień deszcz padał bez opamiętania.

Wieczorem jeszcze raz przemierzaliśmy na rowerach pobliskie rejony. Bardzo często mieszkańcy Birmy pozdrawiali nas pytając z jakiego kraju pochodzimy. W ten sposób poznaliśmy Mintha. Gdy usłyszał, że jesteśmy Polakami aż krzyknął ze zdumienia. Powiedział, że ma wielkie szczęście, że nas spotkał i ma do nas ogromną prośbę. Minth jest szczupłym mężczyzną po czterdziestce z łagodnym spojrzeniem. Mieszka ze swą rodziną w pobliskiej wiosce oddalonej od naszego guest house o 15 minut jazdy rowerem. Nasza znajomość rozwinęła się w tak zawrotnym tempie, że choć dzisiaj mija drugi dzień od momentu naszego poznania, mam wrażenie jakbyśmy od lat byli znajomymi. Wyzwala przy tym wiele ciepłych emocji.

Minth wyciągnął z kieszeni swej koszuli kawałek kartki papieru – ku naszemu zdziwieniu zobaczyliśmy na niej imię, nazwisko i adres Polskiej kobiety. Minth poprosił aby przepisać mu te informacje dużymi literami. Początkowo nie wiedzieliśmy jak ważna to sprawa.

Minth posługuje się językiem angielskim w tak podstawowym stopniu, że chwilami nie byliśmy w stanie go zrozumieć. Widząc to jednak nie rezygnuje z przekazania najsubtelniejszej myśli – kilkakrotnie wspomagając się językiem ciała cierpliwie tłumaczy o co mu chodzi. Tak też dowiedzieliśmy się, że Polka z kartki, którą Minth nazywa „mama” udziela jego rodzinie pomocy finansowej. Sfinansowała przy tym remont jego domu, dzięki jej środkom starszy syn Mintha wyjechał na studia. Sposób w jaki opowiadał o pani Barbarze przepełniony był najwyższym szacunkiem. Posługując się metaforami tłumaczył, że jego życie płonęło, pojawienie się Barbary było niczym deszcz, który ogień ten ugasił. Minth zaprosił nas do swej wioski na ceremonię wyprawiania siedemnastu młodych chłopców (mieszkańców tej wioski) do klasztoru buddyjskiego, która odbyć się miała następnego dnia o poranku. Z zaproszenia skorzystaliśmy.

Następnego dnia, 26 maja, o godzinie 10, Minth już czekała na nas pod guest house na swym rowerze. Nasz taniec na ceremonii deszczu poskutkował, padał deszcz. Wioska Mintha wyglądała rzeczywiście na bardzo ubogą. Ściany chatek zrobione są z bambusowej maty, cały zaś przybytek zamieszkujących tam rodzin składa się z paru ubrań poskładanych w kącie, ołtarzyka buddyjskiego, paru naczyń – tyle. Dom Myntha, z którego po remoncie jest bardzo dumny, składa się z jednego większego pomieszczenia z wydzielonym bambusową matą pokoikiem. Po paru chwilach spędzonych na wesołej ceremonii usiedliśmy z rodziną Mintha – zaczęła się rozmowa.

Życie mieszkańców Birmy jest dla nas niewyobrażalne. Pięcioosobowa rodzina Mintha utrzymuje się dziennie za równowartość 2$ (sic!). Rząd nie robi nic aby pomóc ubogim stanąć na nogi. Po raz kolejny usłyszeliśmy, że elita rządząca pławi się w luksusach, ludzie zaś, mieszkańcy Birmy, cierpią niewyobrażalną biedę. Chciałbym przekazać to, co widzieliśmy i słyszeliśmy w sposób odpowiedni i rzetelny, nie jestem jednak w stanie. Słowa te były krzykiem rozpaczy nieszczęśliwych ludzi, jednocześnie pogodnych i życzliwych. Po raz kolejny słyszeliśmy, że po niedawnym cyklonie, który pozbawił mnóstwo ludzi dachów nad głową, rząd Birmy nie wpuścił pomocy zagranicznej – sam jednak totalnie nic nie robiąc. Tak jak pisałem ostatnio, że Birmińczycy utrzymują pewien poziom egzystencji, nie zaś jak w Indiach ludzie umierają na ulicach, to wiemy już, że poziom ten jest niewiarygodnie niski. Wszyscy też, z którymi rozmawialiśmy winą obarczają juntę wojskową i ich interesy z Chinami i Rosją. Faktycznie, na prawie każdym domu, który nazwać można luksusowym, widnieją chińskie napisy – mieszkają tam Chińczycy. Rozmówcy nasi opowiadali również o wielu ofiarach – tych, którzy juncie próbowali się przeciwstawić. Nie ma w Birmie pracy dla ludzi wykształconych – tak junta zabezpiecza się przed niebezpieczną inteligencją, nie ma podstawowych świadczeń socjalnych – ludzie muszą polegać na sobie. System ten musi paść – za wielu ludzi o tym mówi. Będzie to jednak krwawe wydarzenie. W krzyku rozpaczy Minth powiedział – dajcie bombę, pójdę do nich, moje życie nic nie znaczy.

Nie podajemy nazwy wioski, nie zamieszczamy zdjęć naszego przyjaciela, imię Minth nie jest prawdziwe – google mają narzędzia tłumaczenia stron na różne języki, nie chcemy zaś nikogo narażać.

Rodzi się w nas pomysł, jak pomagać ludziom w takich krajach. Po powrocie zawiążemy organizację promującą wartości prodemokratyczne. Jakkolwiek zdajemy sobie sprawę z niedociągnięć demokracji, to jednak rozumieć ją należy jako system wytwarzający takie instytucje, dzięki którym zabezpieczona jest bezkrwawa wymiana rządzących. Władza w rękach jednej grupy ludzi prowadzi do takich sytuacji, jakie obserwujemy na przykład w Birmie. Z mojej perspektywy embargo turystyczne nałożone na Birmę głosem wielu wspaniałych ludzi nie jest dobrym wyjściem. Tutaj w Birmie ludzie chcą mówić, chcą pokazywać co się u nich dzieje – nie chcą być zamknięci ze swym nieszczęściem. Organizacja nasza statutowo przemawiać będzie w imieniu pokrzywdzonych przez autorytarne rządy, będzie pogłębiała świadomość i rangę problemu w krajach demokratycznych i czynić wszelkie wysiłki nakierowane na wywieranie presji względem autorytarnych rządów. Właściwie mamy już całościowy pomysł jak organizacja będzie funkcjonować. Wiele jest do zrobienia i jeśli możemy to parę naszych groszy (jeszcze nie eurocentów) dorzucimy. Osoby, które czują podobnie i chciałyby poświęcić kawałek swego życia na zrobienie czegoś dobrego prosimy o kontakt na naszego maila (odpowiedzieć będziemy mogli najprawdopodobniej dopiero z Tajlandii – w Birmie Internet działa w formie szczątkowej).

zdjecia

Poniedziałek, maj 25th, 2009
statek do Bagan

statek do Bagan

postoj

postoj

Pawel i Lukasz w thankach (suknie nosimy od 2 dni)

Pawel i Lukasz w thankach (suknie nosimy od 2 dni)

statek

statek

na brzegu

na brzegu

widok ze statku

widok ze statku

Bagan (Pagan) - Birma

Poniedziałek, maj 25th, 2009

Jesteśmy w Bagan (Pagan). Wczorajszy dzień od porannej do wieczornej ciemności spędziliśmy na statku przemierzającym wody Irrawady. Podróż ta daje wyobrażenie o tym kraju i ludziach, którzy tutaj żyją. Na pokładzie poza miejscowymi rozłożonymi na drewnianej podłodze statku poznaliśmy dwie Austriaczki i jedną starszą, anglojęzyczną panią (wszystkie niewiasty bardzo małomówne – przez cały dzień zamieniliśmy może trzy zdania). Od samego początku Birmińczycy przyglądali nam się zaciekawieni. Sektor dla zagranicznych niczym nie różnił się od reszty statku – poza plastikowymi krzesełkami (usadowiono nas w jednym miejscu). Szybko zrezygnowaliśmy z tego luksusu nie czując się dobrze w pozycji górującej nad leżącymi na ziemi Birmińczykami. Nawet jednak siedząc, bądź leżąc na ziemi każdy nasz gest wzbudzał niezwykłe zainteresowanie i komentarze wśród miejscowych. Gdy w godzinach popołudniowych postanowiliśmy przekąsić prowiant zakupiony jeszcze w Mandalay, cała rzesza Birmińczyków z niekłamanym entuzjazmem przypatrywała się każdemu ruchowi naszych rąk. Dziwne uczucie. Pozbyłem się też większości monet zalegających w mej torbie (tych z Ukrainy, Rumunii czy Polski). Miejscowi wyciągali w mą stronę ręce pokazując, że monetę chcą wykorzystać na medaliki.
Nie jest jednak tak, iż tylko my byliśmy przedmiotem obserwacji. My również podglądaliśmy mieszkańców Birmy. Z rana kobiety zgromadzone wokół drewnianej, okrągłej deseczki rozcierały oleistą substancję jakby żywicznej konsystencji. Gdy po chwili w rozcieranym miejscu pojawiał się płynny osad, zgarniały go palcami i nakładały na twarz. Następnie przedmiotem grzebieniopodobnym rozprowadzały substancję po policzkach i czole. To tak zwana thanka – rodzaj przeciwsłonecznego make-up`u. Kobiety praktycznie cały dzień spędzały na paru powtarzających się czynnościach – karmienie piersią dzieci, szykowanie jedzenia, iskanie współtowarzyszek z wesz, i palenie ogromniastych, skręconych cygar. Wspomniane wszy wydają się być w Birmie powszechnym utrapieniem. Praktycznie na każdym kroku spotkać można kobiety wprawnie wybierający sobie wszy z długich, czarnych włosów (czasem siadają w rządku jedna za drugą). Mężczyźni nie robili nic charakterystycznego. Siedzieli rozłożeni na matach to zabawiając dzieciaki, to zaś beztrosko przysypiając. Nie zajmowali też osobnych miejsc – rodziny trzymały się razem.
Za burtą zaś sunęła szeroka Irrawada ukazując swe mętne, jakby błotniste wody. Po obu stronach brzegu co jakiś czas pojawiały się małe wioski z drewnianymi chatkami. Tu czas się zatrzymał. Gdy na brzegu pojawiał się jakiś człowiek to najczęściej dosiadał powóz zaprzęgnięty do gigantycznego muła, bądź też był to mnich odziany w purpurowe szaty zmierzający w stronę jakiejś pagody.
Statek w ciągu całego dnia zatrzymał się może pięć, bądź sześć razy. Za każdym razem na brzegu mieszkańcy pobliskich wiosek pojawiali się to z owocami, to z pieczonymi kurczakami. Piękne kolory.
Przez dobre parę godzin po zachodzie słońca statek płynął w całkowitej ciemności. Kraj, w którym elektryczność jest naprawdę dobrobytem.
Teraz jesteśmy w Bagan – długo na to czekałem

Mandalay - chwile

Sobota, maj 23rd, 2009
chwile relaksu - w poblizu naszego guest house - Mandalay

chwile relaksu - w poblizu naszego guest house - Mandalay

 

wizerunek Buddy oblepiany platkami zlota

wizerunek Buddy oblepiany platkami zlota

 

minute pozniej mniszek palil papierocha

minute pozniej mniszek palil papierocha

 

widok z Mandalay Hill

widok z Mandalay Hill

 

troszke bardziej na prawo - Mandalay

troszke bardziej na prawo - Mandalay

 

kury i iskanie

kury i iskanie

 

targ - Mandalay

targ - Mandalay

Mandalay - Birma

Sobota, maj 23rd, 2009

Mandalay jest miastem dużym, jakby nieprzystającym do niedużego, ubogiego kraju. Miejsce wieżowców przejęły tutaj buddyjskie pagody, w centralnej części miasta pośrodku stoi pałac (dzisiaj muzeum) otoczony bujną zielenią. Od północnego-zachodu miasto graniczy z szeroką rzeką – Irrawadą. Same ulice, niczym w Nowym Jorku, noszą nazwy 20th St, 21st St itd. My mieszkamy w Royal Guest House na 25th Street. Pokój nasz mieści się jakby w piwnicy z oknami na jakieś zabudowania gospodarcze. Mimo to, gdy rząd wyłącza prąd (a zdarza się to dość często – choć nie tak jak w Pyay) od razu zmieniamy stan skupienia na płynny.

Cały wczorajszy dzień spędziliśmy objeżdżając najważniejsze pagody i miejsca warte zobaczenia. Ja sam rzadko piszę się na tego rodzaju zwiedzanie. Bardziej interesuje mnie (podobnie jak Marysię i Łukasza) ulica z ludźmi, ich problemami, sposobem myślenia. Nie żałuję jednak ani jednej chwili. Poza naprawdę ciekawymi miejscami mieliśmy okazję porozmawiać z paroma osobami i to na tematy, które interesują nas najbardziej, czyli o wojskowej juncie.

Pierwszym miejscem, do którego podwieźli nas rikszarze (spędzili z nami cały dzień wożąc nas dwoma rikszami rowerowymi) była Mahamuni Paya – złota świątynia z pokaźnym posągiem Buddy Mahamuniego. Cały kompleks pochodzi z 1784 roku wybudowany przez króla Bodawpaya. Tym jednak, co autentycznie wprawia w osłupienie, jest, nie złoty budynek (takich widzieliśmy już wiele), lecz owy posąg Buddy, który od setek lat oblepiany jest przez wyznawców buddyzmu cienkimi płatkami złota. Ciało Buddy przez te wszystkie lata zatraciło swój pierwotny kształt. Ręce stały się tytaniczne, brzuch zaś mógłby świadczyć o braku wstrzemięźliwości tej świętej postaci. Złoto przykładać mogą jedynie mężczyźni, kobiety siedzą zaś w pewnym oddaleniu. Gdy podszedłem z kamerą, jeden z mnichów wręczył mi złoty listek i wskazał abym i ja przyłożył się do zasłużonej sławy posągu. Tak też zrobiłem. Parę kroków od posągu znaleźliśmy fotografie wskazujące ewolucję Buddy w przeciągu ostatniego wieku. Pierwsza fotografia wykonana została w 1905 roku, druga, o ile się nie mylę, 1930 itd. Przyznać trzeba, że pomiędzy pierwszą fotografią a stanem obecnym Buddzie przybyło bardzo sporo ciała.

Po chwili zaczepił mnie buddyjski mnich, który zaproponował, że oprowadzi nas po świątyni i znajdujących się wokół muzeach. Sale ekspozycyjne wydawały się niesprzątane chyba od czasu wizyty pierwszego fotografa Buddy – posążki pokryte były dość pokaźną warstwą kurzu, szyby oddzielające niektóre eksponaty od zwiedzających pokryte były różnymi organicznymi wydzielanymi, jak podejrzewam, od przyklejonych do nich nosów. Pomiędzy salami przechodzi się pod gołym niebem, przez marmurowy placyk. To było istne wyzwanie. Posadzka nagrzana o słońca tak parzyła w stopy, że za każdym krokiem skakaliśmy niczym przy biegu z przeszkodami. Mnich oczywiście pod koniec zwiedzania zażyczył sobie 500% sumy, którą w rezultacie otrzymał (poważnie przesadził). Sam buddyzm w Birmie, według mnie, pozbawiony jest tej autentyczności co w Indiach. Jest jakby pstrokaty, ale to już moje odczucia.

Ciekawym była również rozmowa, jaką odbyliśmy z tutejszym studentem nauk politycznych, którego spotkaliśmy w drodze na szczyt Mandalay Hill. Nad miastem wznosi się góra, ze świątynią, do której prowadzą długie schody z licznymi tarasami (na których mieszczą się pagody z posągami Buddy). Właśnie na jednej z ławeczek siedział nasz poznany student (imienia nie byłem w stanie zapamiętać). Gdy dowiedział się skąd jesteśmy zaświeciły mu się oczka. Powiedział, że jesteśmy pierwszymi Polakami, jakich poznał osobiście i że od dawna interesuje go  historia Lecha Wałęsy i obalenia socjalizmu w państwach bloku wschodniego. Jego zainteresowania, jak się okazało, znajdują pokrycie w odniesieniu do sytuacji w samej Birmie – nasz znajomy jest świadomym opozycjonistą. Jak się dowiedzieliśmy opozycja w Birmie ma swój kanał telewizyjny, gdzie wciąż nadawane są dokumenty historyczne o tematyce rewolucyjnej. Gdy powiedziałem, że i na Birmę przyjdzie czas wolności, zaznaczył, że opozycja już teraz walczy i w walce nie ustanie.

Już jutro opuszczamy Mandalay. O 5:30 rano wchodzimy na pokład statku, który rzeką Irrawadą przenieść ma nas w 15 godzin do Bagan. Dzisiaj jeszcze chcemy udać się do domu trójki artystów – opozycjonistów, Moustache Brothers. Dwóch z nich za satyryczny występ na jednej z oficjalnych uroczystości junty wojskowej (zażartowali sobie z generała) skazanych zostało na 7 lat ciężkich prac w kamieniołomach. Na skutek międzynarodowej wrzawy (protest podjęli nawet hollywoodcy aktorzy) artyści więzienie opuścili po 5 latach. Co zrobili po wyjściu? Wrócili do gry, z tym, że prywatnie, u siebie w domu. I tam jednak nachodzili ich, jak bracia mają zwyczaj nazywać szpicli, agenci KGB z kamerami wideo. Obecnie jednak, jak wyczytaliśmy w przewodniku, rząd przestał gnębić Moustache Brothers, choć sytuacja ich jest bardzo niepewna. Dzisiaj ich odwiedzimy.   

Birma jest krajem, w którym czuję się naprawdę bardzo dobrze. Ludzie są przemili, pasuje mi tutejsza wrażliwość estetyczna i, co nie pozostaje bez znaczenia, jedzenie. Jedyne co mnie bardzo irytuje, to szybkość Internetu. Nawet nie wiesz drogi czytelniku jaki to test cierpliwości aby wrzucić na stronę parę tych zdań nie mówiąc już o zdjęciach.

   

Birma

Czwartek, maj 21st, 2009
Pyay - guest house, pranek przed droga do Mandalay

Pyay - guest house, pranek przed droga do Mandalay

Marysia podczas prob autostopowych

Marysia podczas prob autostopowych

Pyay - widok z pagody

Pyay - widok z pagody

nocny przystanek w drodze do Mandalay - odpoczynek od ich rodzimych produkcji

nocny przystanek w drodze do Mandalay - odpoczynek od ich rodzimych produkcji