Archive for czerwiec, 2009

Don Det - Laos

Poniedziałek, czerwiec 29th, 2009

Czas zwolnił. Rozciągnął się pomiędzy zielonymi pastwiskami. Tempo życia tej kolorowej krainy wyznaczają leniwe wody Mekongu. Statyczne powietrze przepojone jest zapachami ziół i intensywnie zielonej roślinności. Zegarki stanęły wczoraj około godziny czternastej, gdy przekraczaliśmy granicę kambodżańsko – laotańską. Tak jak pierwsza część drogi przebiegła niezwykle sprawnie, tak po przejściu za osamotniony szlaban graniczny musieliśmy przestroić się na laotańskie odczucie czasu.

Kierowca samochodu dowiózł nas do granicy informując, że po drugiej stronie poczekać mamy na busa, który dowiezie nas do Don Det – krainy czterech tysięcy wysp. Bus dojedzie za jakiś czas - powiedział. Usiedliśmy więc pod drewnianą budką odprawy granicznej. Słońce, które przypiekało nas od góry poczęło nagle kryć się za pobliskimi drzewami. Minęła pierwsza, druga i trzecia godzina oczekiwania. W końcu podszedł do nas jeden z celników i łamaną angielszczyzną zaproponował, że podwiezie nas do pobliskiej osady. Zrobi to za 15$. Cóż zrobić – mieliśmy bilety do miejsca docelowego, bus jednak nie przyjeżdżał. Hmm… nie przewidzieliśmy tego również w dziennym budżecie. Poprosiliśmy jeszcze o chwilkę.

Ni stąd ni zowąd nagle usłyszeliśmy warkot motoru – bus zbliżał się w naszą stronę.

Po zaledwie dwudziestu minutach bardzo sympatyczny kierowca poprosił nas abyśmy opuścili samochód – dalszą część drogi przebędziemy na motorach. Drogi zdążyły się już zamienić w ścieżki pomiędzy ryżowymi polami. Tak też w trzy motory dojechaliśmy do brzegu Mekongu. Tam kolejna przesiadka. Kolejną część drogi, jak poinformował nas kierowca motoru, przebędziemy łodzią.

Don Det jest małą, przepiękną osadą. Kraina ta, podobnie jak Nepal i Birma, prawie całkowicie pozbawiona jest elektryczności. Od wczoraj prąd był zaledwie przez godzinę. Laotańczycy przez cały długi dzień leżą w hamakach. Wszystko zwolniło. Psy, świnie, koty, kaczki, kury, bawoły zgodnie współegzystują na wiejskich uliczkach. Wokół małych, bambusowych chatek wolno krzątają się kobiety zajęte swymi codziennymi obowiązkami.

Tak chcielibyśmy zatracić się w tej czasoprzestrzeni – czas jednak w drogę. Jutro z rana ruszamy do Pakse – miejscowości, gdzie podobno znajdziemy ATM (bankomat). Rzeczywistość goni nas nawet w tej pięknej bajce.

Dan Det - poludnie Laosu

Poniedziałek, czerwiec 29th, 2009
uspiona granica kambodzansko - laotanska
uspiona granica kambodzansko - laotanska

 

granica - a busa jak nie ma, tak nie ma

granica - a busa jak nie ma, tak nie ma

Laos!!!!!!

Laos!!!!!!

pomiedzy motocyklem a lodzia - w drodze do Don Det

pomiedzy motocyklem a lodzia - w drodze do Don Det

chlopczyk

chlopczyk

port na Mekongu

port na Mekongu

Don Det - kraina 4000 wysp

Don Det - kraina 4000 wysp

Don Det

Don Det

czas sie zatrzymal

czas sie zatrzymal

szczesliwe bawoly

szczesliwe bawoly

 

 
wody Mekongu
wody Mekongu

Ban Lung (Ratanakiri) - Kambodza

Sobota, czerwiec 27th, 2009

Czas ruszać dalej. Jutro opuszczamy Kambodżę - jedziemy do Laosu.

Tymczasem zaraz wsiadamy na rowery i podobnie jak wczoraj ruszamy poznawać okolicę. Ratanakiri (dystrykt) jest przepiękny. Nie wiem czy widziałem kiedyś równie piękne miejsca jak tu, w Kambodży. Do tego wszystkiego cały czas czuję intensywny zapach wiosny, który w połączeniu z zieloną dżunglą, śpiewem ptaków i urokliwymi wodospadami zapiera dech w piersi.

Jeżdżąc na rowerach nieustannie odpowiadamy na pozdrowienia miejscowych. Z każdej strony dolatuje do nas „hello” oraz „bay bay”. Co jakiś czas podbiegają dzieci wystawiając dłonie do przybicia „piąteczki”. Co ciekawe, w tak pięknym miejscu, jak Ratanakiri, prawie w ogóle nie ma turystów. Przez te wszystkie dni widzieliśmy ich zaledwie kilku. Ukryte w dżungli wodospady są spokojne, bez turystycznego gwaru. Chciałbym kiedyś wrócić do tego przepięknego kraju.

Podczas mojej eskapady do Phnom Penh Łukasz i Marysia przeszli na dietę owocową – banany i arbuzy. Te drugie są tutaj niezwykle tanie. Dorodny arbuz kosztuje 1200 reali (4000 reali – 1 dolar). Nie trwało to jednak długo.

Ban Lung (Ratanakiri)

Sobota, czerwiec 27th, 2009
supermarket w wersji Ban Lung

supermarket w wersji Ban Lung

 

okolice Ban Lung
okolice Ban Lung

 

w drodze do wodospadow

w drodze do wodospadow

 

od gory

od gory

 

od dolu

od dolu

 

panowie rowerzysci

panowie rowerzysci

 

...

...

 

ochloda

ochloda

 

to sie nazywa prawdziwy fotograf

to sie nazywa prawdziwy fotograf

 

Marysia

Marysia

 

wiejskie klimaty

wiejskie klimaty

 

Ban Lung noca - glowna ulica

Ban Lung noca - glowna ulica

 

nocny taniec Lukasza na tarasie

nocny taniec Lukasza na tarasie

Ban Lung (Ratanakiri) - Kambodza

Piątek, czerwiec 26th, 2009

Jestesmy juz razem na polnocy Kambodzy. Wlasnie wypozyczylismy rowery i ruszamy na pobliskie wodospady.

wypozyczylem rower - Phnom Penh

Środa, czerwiec 24th, 2009
moj pokoj i ja

moj pokoj i ja

 

po drugiej stronie Mekkongu

po drugiej stronie Mekkongu

 

widok z mostu przyjazni kambodzansko - japonskiej

widok z mostu przyjazni kambodzansko - japonskiej

 

francuska przeszlosc

francuska przeszlosc

 

chwilowe znajomosci

chwilowe znajomosci

 

chwilowe znajomosci

chwilowe znajomosci

 

oblicze stolicy

oblicze stolicy

 

9 sekund biegu

9 sekund biegu

Phnom Penh - Kambodza

Wtorek, czerwiec 23rd, 2009

Jestem na powrót w Phnom Penh. Drogi, które ostatnio zachwycały swą czerwonawą poświatą, dzisiaj przypominają raczej monsunowe błoto, po którym koła samochodów ślizgają się niczym po lodzie. Właśnie dlatego droga, którą ostatnio przebyliśmy w 9 godzin, dzisiaj zabrała mi 13 godzin. Na jednym z przymusowych przystanków (ciężarówka ześlizgnęła się na błocie blokując przejazd na 2,5 h) zauważyłem białego mężczyznę chodzącego z zainteresowaniem wokół ciężarówki. Już po chwili zdałem sobie sprawę, że widzę go nie po raz pierwszy. Nie musiałem zbyt daleko szukać w pamięci – był to człowiek, którego zaledwie wczoraj pytaliśmy o drogę do wulkanicznego jeziorka w rejonie Ban Lung. Maszerował wtedy samotnie długą, szeroką drogą z ostentacyjnie dyndającym na piersi aparatem fotograficznym.

Teraz związani wspólnym problemem (jego autobus stał 10 metrów przed moim) zasiedliśmy w cieniu wiejskiej zabudowy i zamieniliśmy parę zdań. Jak się okazało jest niemieckim fotografem od lat pracującym na azjatyckich bezdrożach.

Kiedyś i on, podobnie jak my, w stosunkowo niedługim czasie przemierzał po kolei wiele azjatyckich krajów. Jak wspomniał, obecnie postępuje całkiem inaczej. Chcąc poznać dany kraj nie należy się spieszyć. Ważne jest aby wgryźć się w atmosferę danego miejsca, bez pośpiechu. W Kambodży spędził już dwa pełne miesiące, przed sobą ma zaś jeszcze jeden. Aby coś uchwycić, starać się dotrzeć do pewnej specyfiki danego miejsca, jak mówi, nie należy podejmować zbyt ambitnych planów. W tym kontekście wyprawę naszą potraktować musielibyśmy jako rekonesans miejsc, do których, z tych czy innych względów, chce się powrócić. Jesteśmy w pełni świadomi, że to co oglądamy podczas bliższych czy dalszych eskapad poza większe miejscowości, jest niezwykle powierzchowne – wychwytujemy jedynie rzucające się w oczy kulturowe wyróżniki. Czym innym jest to, co podczas tego wyjazdu nabrało właściwie pierwszorzędnego znaczenia. Na pierwszy rzut oka dostrzec można nieznane nam w Polsce ubóstwo, zniewolenie i niesprawiedliwości. Tu jest duże pole do działania.

Tymczasem siedzę sobie sam w małym pokoiku (1,5m x 3m) w Lake Side Guest House – tym, który opuściliśmy przedwczoraj. Przez obsługę powitany zostałem jak stary znajomy. Miłe.

Łukaszu i Marysiu wizy załatwiłem, przesłane zostaną do naszego Star Hotelu w Ban Lung w piątek. Za przesyłkę skasowała nas 5$ za wszystkie paszporty – musiałem jednak zapłacić za kopie zdjęć. Jak się okazało do wizy laotańskiej potrzebne są trzy a nie dwie fotografie. Właściwie mógłbym wracać jutro porannym autobusem, ale po całym dniu spędzonym w drodze (wyjechałem o 6:30 rano, dojechałem o 20) mam ochotę zostać jeden dzień dłużej. Kupiłem już bilet powrotny. Zobaczymy się pojutrze wieczorem.

Pachnie wiosną.

droga - Kambodza

Wtorek, czerwiec 23rd, 2009
droga Ban Lung - Phnom Penh

droga Ban Lung - Phnom Penh

 

czerwona ziemia" w wersji blotnistej

czerwona ziemia

Ban Lung - Kambodza

Poniedziałek, czerwiec 22nd, 2009

Kraje Azji południowo-wschodniej uśpiły w nas podróżniczą intuicję. Wszystko jest tu tak proste, odległości tak małe. Załatwienie biletu na drugi koniec kraju zajmuje 10 minut. Nie są to Indie z koniecznością kombinowania jak tu się dostać do celu. Tam zdarzało się, że w pociągu spędzaliśmy półtorej dnia aby wyjść na peron i z biegu wejść do następnego.

W Kambodży jest inaczej. Tutaj pod guest house podjeżdża pick up, który zawozi turystów na dworzec autobusowy, na którym czeka już gotowy do drogi autokar. Z północy na południe Kambodża liczy sobie około 450 km (ze wschodu na zachód 580 km) tak więc i podróż nie może trwać zbyt długo. Po naszych czteromiesięcznych doświadczeniach, dziewięciogodzinny przejazd jest chwilką. Tak to czujemy.

Tak też nasza uśpiona podróżnicza intuicja sprawiła, że jutro rano wrócić muszę do stolicy. Dlaczego? Otóż gdy wczoraj rano w Phnom Penh dotarliśmy pod biuro biletów skąd odjeżdżał autokar (jak się okazało bus) do Ratanakiri, o dziwo biuro było jeszcze zamknięte. Czekał na nas jednak kierowca busa, który kazał wrzucić plecaki do bagażnika i w drogę. Na otwartym biurze zależało nam o tyle, że spotkać chcieliśmy ową młodą Khmerkę, która miała zająć się naszymi laotańskimi wizami (załatwić i przesłać do Ratanakiri). Jak nas poinformowano, wizy załatwić można i w miejscu do którego się udajemy.

Droga była piękna. Od początku do końca po obu stronach roztaczały się piękne widoki z polami ryżowymi, klimatycznymi wioskami i lasami palmowymi. Do tego wszystkiego droga była jedynie utwardzoną czerwonawą glebą, nie zaś betonową ulicą.

W busie byliśmy jedynymi turystami. Nasi Khmerscy współpasażerowie już w pierwszej godzinie drogi zaczęli wymiotować. I to nie jedna osoba. To z lewej, to z prawej za naszymi plecami dało się słychać na przemian mlaskanie, to zaś wymiotowanie. Dziwne mają metody. Dziecko, które co dopiero pozbyło się zawartości żołądka, na pierwszym postoju nakarmione zostało prażoną szarańczą. Co nas zaskoczyło, nikt na dolegliwości żołądkowe nie zwracał najmniejszej uwagi. Kierowca jak gnał, tak gnał dalej. Współpasażerowie dalej toczyli jakieś dyskusję śmiejąc się beztrosko – chwilkę jedynie poczekali, aż dyskutant załatwi potrzebę przez okno. Dobrze, że Łukasz nie wpadł na pomysł aby odchylić się odrobinę w prawą stronę – jedna z salw minęła jego prawe ramię. Mimo wszystko było pięknie – Kambodża widokowo jest przeurocza.

Ban Lung już na pierwszy rzut oka przypomina prowincjonalne miasteczko. Stojąc na środku niezwykle szerokiej ulicy, z jednaj strony widać początek, z drugiej koniec miasta. Od pierwszej chwili bardzo nam się spodobało. Rikszarz zawiózł nas do starej, ogromnej willi z masywnymi, drewnianymi meblami. W pokoju naszym mamy rzeźbione masywne fotele, ogromne łoża, drewniane boazerie – ogólnie luksus. Za pokój płacimy 4$ (za 3 osoby) i jak dotąd jeśli chodzi o stosunek ceny do luksusu, Star Hotel (tak się nazywa to miejsce) jest w naszej czołówce.

Jak się zorientowaliśmy co do wiz laotańskich, faktycznie można je załatwić tutaj na miejscu, kosztują jednak dwa razy tyle co w stolicy – tego nie przewidzieliśmy. Opłaca się więc, aby jedna osoba wróciła do Phnom Penh, zostawiła wizy do wyrobienia i na drugi dzień wróciła na północ. Taki jest nasz plan. Jutro z rana o 6:30 (1:30 czasu polskiego) ruszam w drogę. Marysia i Łukasz zostają w Ban Lung.

Ratanakiri

Poniedziałek, czerwiec 22nd, 2009
w drodze do Ratanakiri (przy naszym zoladkowym busie)

w drodze do Ratanakiri (przy naszym zoladkowym busie)

 

w drodze

w drodze

 

miejscowi Ratanakiri nazywaja czerwona ziemia

miejscowi Ratanakiri nazywaja czerwona ziemia

 

Ban Lung - glowna ulica

Ban Lung - glowna ulica

 

taka ciekawostka na rozpoczecie 5-go miesiaca podrozy (zakupiona w kambodzanskim sklepie na prowincji)

taka ciekawostka na rozpoczecie 5-go miesiaca podrozy (zakupiona w kambodzanskim sklepie na prowincji)

 

widoki w rejonie Ban Lung

widoki w rejonie Ban Lung

 

dzieciaki spod sklepu

dzieciaki spod sklepu

 

rejony Ban Lung

rejony Ban Lung

 

wejscie do naszego pokoju - Star Hotel w Ban Lung

wejscie do naszego pokoju - Star Hotel w Ban Lung